Częściej kobieta niż facet wbije ci tę przysłowiową szpilę. Rozmowa z Magdaleną Kostyszyn, Ch*jową Panią Domu

piątek, 29.7.2022 20:31 9895 4

Bunt przeciwko dyskryminacji ze względu na płeć czuła już w dzieciństwie. Wymyślony przez nią ruch Ch*jowa Pani Domu wielu kobietom uświadomił, że nie muszą być idealne i spełniać oczekiwań społeczeństwa i swoich rodzin. Rozmowa z Magdaleną Kostyszyn, blogerką, recenzentką książek, właścicielką firmy be frank!, absolwentką filologii polskiej, dziennikarstwa, Polskiej Szkoły Reportażu, a także autorką książek „ Ch*jowa Pani Domu” i „Też tak mam”.


Siedemnaste miejsce na liście 50 najbardziej wpływowych kobiet w Polsce magazynu Wprost, Superbohaterka „Wysokich Obcasów”. Czujesz presję?
Nie spodziewałam się tych wyróżnień. Ambicje zmieniania świata nie były mi bliskie. Robiłam to, co czuję. Niektóre rzeczy wychodziły zupełnie przypadkowo. Fakt, że ktoś te działania w którymś momencie docenił bardzo mnie ucieszył. Ale czy wiąże się to z jakąś presją? Raczej z odpowiedzialnością. Teraz jestem bardziej uważna. Analizuję wnikliwie to, co wrzucam do sieci. Od czytelników wiem, że moje działania na rzecz kobiet są dla nich ważne, ale nie czuję się wpływową kobietą.

Opowiadasz, że koncept Ch*jowa Pani Domu zaczął się od niewywieszonego prania, które przeleżało w pralce kilka dni, ale czuję, że coś musiało zacząć się dużo wcześniej.
To prawda. Choć sam proces założenia profilu Ch*jowa Pani Domu był totalnym przypadkiem, myślę, że sprzeciw rósł we mnie już od czasów nastoletnich. Buntowałam się przeciwko rodzicom, którzy stereotypowo postrzegali mnie i mojego brata. Wciąż słyszałam: musisz posprzątać albo pozmywać, bo jesteś dziewczynką, twój brat jest chłopakiem, więc nie musi. Złościłam się, nie akceptowałam tego. Dorastałam w mocno tradycyjnej rodzinie. Tata pracował, mama zajmowała się domem. Wiedziałam, że kiedyś nie będę tak żyć. Zawsze chciałam być niezależna finansowo, polegać na sobie, stawiać na własny rozwój. W mojej własnej rodzinie nie mamy stereotypowego podziału obowiązków: kobieta zajmuje się domem, gotuje, zmywa, pierze, a facet idzie do pracy. To było jasne od początku.

Wyczułaś u swojego partnera gotowość do takiego modelu życia?
Nie prowadziliśmy na ten temat rozmów, wszystko wyszło naturalnie. Nigdy nie miał wobec mnie oczekiwań, że to ja będę w domu sprzątać i gotować. Rozumiał, że musimy żyć jak równi sobie partnerzy. On zawsze wieczorami wychodzi z psem, ja więcej zajmuję się córką, jeżdżę po nią do przedszkola. Rano zawsze z nią wstaję, mamy taką umowę. Oczywiście nie jest tak idealnie, drzemy ze sobą koty o sprzątanie. Czepiam się, że nie pościelił łóżka. Paweł jednak o wiele lepiej sprząta niż ja i robi to częściej. 

Twój profil daje przestrzeń na dystans do siebie. W ramach refleksji nad noworocznymi postanowieniami kobiety pisały, co im wyszło. Jednej wyszedł rozwód, innej pieniądze z portfela. Pozwala to spuścić powietrze z balonu presji, tego co „powinno się” i „trzeba”.
Nie musimy dążyć do perfekcyjności. W ostatnich latach, głównie przez social media, zatraciliśmy się trochę w idealnym życiu: idealnych wakacjach, mieszkaniu, fryzurze, figurze. Każdy chce pokazać lepszy kawałek siebie. Zapędziliśmy się w tym tak bardzo, że poczuliśmy się zmęczeni. Kiedy dziesięć lat temu pokazałam im fragment mojej rzeczywistości, bardzo się z tym utożsamiali. Okazało się, że to także fragment ich rzeczywistości. Poczuli jedność. Nie śmieją się z czyichś niepowodzeń, raczej współodczuwają. To normalne, że coś ci nie wyszło. Każdy ma wpadki, niepowodzenia. Mówiąc o tym na głos, obśmiewając publicznie, odczarowujemy poczucie porażki.

Czytając komentarze na twoim profilu ma się wrażenie wejścia na „lewą stronę Instagrama”.
Myślę, że stworzyłam przestrzeń, która pozwala być sobą. Ludzie z ulgą odkrywają, że nie muszą kreować się na lepszych niż są. Dobrze czują się w tej społeczności. Nie boją się, że zostaną ocenieni za swoje przemyślenia albo czyny. Jak na tak ogromną społeczność – prawie milion osób, nie ma krytyki, gównoburz. Czytelnicy chętnie lajkują swoje komentarze, wspierają się.

Kobiety ci zaufały, otwierają się. Stworzyłaś niezwykłą społeczność.
Zaufały nie tylko mi, ale całej społeczności. Najbardziej widać to na mojej grupie na Facebooku: Pozamiatane Ch*jowa Pani Domu po godzinach, gdzie jest nas mniej niż na profilu – około 160 tysięcy. Dziewczyny poczuły się tam bezpiecznie. Poruszały coraz poważniejsze tematy. I z tych przypalonych ciast i prań weszłyśmy na zupełnie inne poziom. Teraz rozmawiamy o macierzyństwie, związkach, a nawet o seksie, bo mamy cykl „Seksowny Piotrek”, gdzie w wybrane piątki miesiąca po godz. 22.00 rozmawiamy tylko o seksie i okazuje się, że pojawiło się spore pole do dyskusji. Nie tylko żartujemy z wpadek podczas seksu, ale piszemy też, jakie mamy problemy w tej sferze. Bardzo się cieszę, że wspólnie stworzyłyśmy miejsce, gdzie można bez strachu i skrępowania podzielić się ważną częścią swojego życia. Staramy się pomagać bez oceniania. Dziewczyny dziękują w komentarzach, że wspólne dyskusje niejednokrotnie pomogły im podjąć decyzję. Doceniają wsparcie, nie spodziewały się takiego odzewu i empatii.

Koncept Ch*jowej Pani Domu ewoluuje od prześmiewczego, humorystycznego w stronę wspierającego?
Bardzo bym tego chciała. Profil ma już dziesięć lat, na początku rzeczywiście dominowały tam treści humorystyczne. Zmieniłam się przez ten czas, zostałam matką, trochę inne kwestie mnie teraz interesują. Zależy mi, by Ch*jowa Pani Domu była kojarzona z siostrzeństwem, wspieraniem inicjatyw prokobiecych. I czuję, że część moich użytkowników jest na to gotowa, a pozostali oczekują, że nadal będzie to taki śmieszkowy, żartobliwy profil. Staram się więc równoważyć treści.

U podstaw Ch*jowej Pani Domu leży nieuleganie oczekiwaniom otoczenia, życie w zgodzie z własnymi pragnieniami. Kto nam ustalił, co wolno, czego nie wolno? Czy nie jest tak, że stoją za tym właśnie kobiety - strażniczki tradycji. Na pytanie „Dlaczego tak ma być?” słyszysz: „No bo ja tak robiłam. Tak się zawsze robiło”.
Zastanawiam się, dlaczego matki, starsze pokolenie często nas dołuje zamiast wspólnymi siłami sprawiać, żebyśmy miały lepiej. Podcinają nam skrzydła. Masz lepiej niż ja miałam. To źle. Gotowałam, obsługiwałam tatę i całą rodzinę. Dlaczego ty masz tego nie robić? Jako matka będę dążyć do tego, żeby moja córka miała sto razy lepiej niż ja. Mam poczucie, że właśnie my same narzucamy sobie największą presję i chcemy dyktować, co nam wolno, a czego nie. Doświadczyłam tego bardzo w swoim internetowym życiu. To dla mnie ogromna hipokryzja. Mówię kobietom: możesz żyć po swojemu, nie musisz patrzeć na oczekiwania innych, a jednocześnie kobiety często wrzucają mnie w jakieś ograniczenia. Piszą na przykład, masz za czysto w domu albo jesteś za ładna na bycie Ch*jową Panią Domu. Próbują narzucać, co mogę robić, a czego nie. Każdy na swój sposób interpretował ten ruch – dla jednych to przypalanie ciast, dla innych spóźnianie się. Kobiety często potrzebują sztywnych ram, żeby kogoś w nie wrzucać, dopasowywać. Nie zdradzam specjalnie treści ze swojego prywatnego życia, więc niektórzy tworzą sobie w głowie mój obraz i potem są sfrustrowani, że nie odpowiada ich wyobrażeniom.

Okazuje się, że my kobiety najbardziej wbijamy sobie szpile, ściągamy się w dół, oceniamy, pomimo haseł o siostrzeństwie?
Niestety tak jest. Kiedyś na jednym ze spotkań autorskich miałam dyskusję, skąd to się bierze, że faktycznie częściej kobieta wbije ci przysłowiową szpilę niż facet. Wniosek był taki, że kobiety są poddawane ciągłej codziennej presji: musisz być idealną matką, musisz idealnie wyglądać. W którymś momencie wybuchają i wylewają frustracje, na przykład krytykując kogoś w Internecie.

W swojej najnowszej książce „Też tak mam” rozmawiasz z kobietami o sprawach, o których głośno się nie mówi. Byłaś często pierwszą osobą, której o tym opowiedziały.
Przytłaczało mnie, kiedy rozmawiając przez telefon z bohaterkami słyszałam: „Wiesz, jesteś pierwszą osobą, której o tym mówię. Wspominałam coś tam wcześniej koleżankom, ale przed tobą otwieram się w całości”. Smutne, a jednocześnie cieszę się, że trafiły na mnie i mogły się w końcu wyżalić. Myślałam: „Dobra, wysłuchałam jej opowieści, ale muszę jakoś pomóc, bo co z tego, że ona będzie tylko historią w mojej książce?”. Jestem w kontakcie z dziewczynami z reportażu o przemocy ekonomicznej. Pomagam im skonsultować się z prawniczkami w kwestii alimentów. Na tyle, na ile potrafię staram się doradzać, w którą stronę powinny pójść kobiety zależne finansowo od swoich partnerów. Dzięki odwadze moich bohaterek te historie mogły pójść dalej w świat. „Też tak mam” zaczęło dyskurs o tym, co nas boli. Taki był zamysł, żeby przedstawić paletę problemów, z którymi mierzą się Polki. Zdaję sobie sprawę, że to nie wszystkie tematy. Chciałam rzucić światło na sprawy, o których mówimy niechętnie, wspominamy półsłówkami koleżankom. Podjęcie dyskusji może być pierwszym krokiem do zmian.

Twoje bohaterki początkowo nie wiedziały, że to co ich spotyka jest na przykład przemocą ekonomiczną. Czuły, że są krzywdzone, ale nie potrafiły tego nazwać, co pokazuje, jak ważna jest kwestia edukacji na temat przemocy ekonomicznej czy psychicznej.
Kiedy osoba poddawana takim działaniom dostanie jasny komunikat, że to przemoc, a nie kwestia chytrości męża zaczyna rozumieć, że wspólne życie nie powinno tak wyglądać i przebudowuje swoje myślenie. Podobnie wiele osób ma trudność z rozpoznawaniem przemocy werbalnej i seksualnej. Nikt nas nie edukuje, że wykrzykiwanie za kobietą wulgarnych słów na ulicy można zgłosić na policję. Jesteśmy za to uczone, że chłopcy zaczepiają dziewczyny, bo tacy już są.

Ze względu na powszechność kobiety traktują opisywany przez ciebie catcalling, czyli molestowanie uliczne jako element codzienności. A wyobrażasz sobie krzyknąć za facetem na ulicy: fajną masz dupę?
Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby oceniać czyjeś ciało na ulicy. Jestem pewna, że zatkałoby takiego gościa. Muszę to kiedyś przetestować! To byłby fajny eksperyment. Kiedy zapytałam swoje czytelniczki, większość przyznała, że trudno im nawet wymienić, ile razy spotkały się z chamskimi zaczepkami mężczyzn. Uwierało je to z jednej strony, a z drugiej, kiedy zwierzały się mamom lub koleżankom czuły się zbywane, więc zaczynały przechodzić nad tym do porządku dziennego i godziły się na taką rzeczywistość. Wciąż jest u nas spory poziom akceptacji tego typu zachowań. Problem polega na tym, że nie wszystkie kobiety są zgodne w tej kwestii. Kiedy zainicjowałam dyskusję, czy gwizdanie mężczyzn na ulicy jest komplementem, część kobiet uznała, że tak i że powinnyśmy się cieszyć, bo jeżeli ktoś na nas gwiżdże, to znaczy, że jesteśmy atrakcyjne. Te kobiety uważają, że to zgłaszanie tego na policję, to przesada. „Za dziesięć lat będziesz chciała, żeby ktoś za tobą wołał, że masz fajny tyłek czy nogi”. Dopóki kobiety nie będą w tej kwestii zgodne, to jak ma się coś zmienić?

Czy słuchając opowieści swoich bohaterek myślałaś: też tak mam?
Bardzo utożsamiałam się z bohaterkami tekstu o macierzyństwie. Nigdy nie zdiagnozowano mnie w kierunku depresji poporodowej, bo nie byłam wówczas u psychologa, ale trudne emocje związane z początkami macierzyństwa są też moim doświadczeniem. Kiedy moje rozmówczynie zwierzały się z towarzyszących im myśli, z czym musiały się mierzyć, kiwałam głową i doskonale je rozumiałam.

Przez co wtedy przechodziłaś?
Macierzyństwo zaskoczyło mnie. Planowaliśmy ciążę, chcieliśmy dziecka. Zawsze byłam dobrze zorganizowana, a po porodzie okazało się, że niewiele pozostało mi z mojej dotychczasowej niezależności. Byłam tym bardzo sfrustrowana.

Nie mogłaś kontrolować rzeczywistości tak, jak wcześniej.
Tak, bo przez trzydzieści lat robiłam to, co mi się podobało, przyzwyczajona, że mogę pracować kiedy chcę, iść spać kiedy chcę. Kiedy przed ciążą czytałam komentarze dziewczyn „nie dasz rady się wykąpać czy napić kawy” mówiłam sobie: „Ja pierdzielę, ale wymyślają, no bez przesady”. Ale okazało się, że to prawda. Trudno wszystko ogarnąć, nawet jak się jest nie wiadomo jak zorganizowaną osobą. Moja córka bardzo płakała. Przytłoczyło mnie to. Codzienność stała się udręką. Z kobiety bardzo aktywnej zawodowo - pracowałam do ostatniego dnia w ciąży, nagle stałam się osobą, która tylko siedzi w domu z dzieckiem. To było dla mnie nie do zniesienia. Myślałam, że moje życie się skończyło.

Ile czasu to trwało?
Myślę, że pierwszy rok był taki trudny. Potem było już łatwiej.

Powiedziałaś o tym komuś? Ktoś cię wsparł?
Na pewno powiedziałam mojemu partnerowi i miałam niestety średnie wsparcie. Wydaje mi się, że jego też rodzicielstwo przerosło i uciekał w pracę, co oznaczało, że zostawałam z dzieckiem sama w domu. Miałam wsparcie koleżanek. W pewien gorszy dzień napisałam na Instagramie: „To nie jest tak, że uśmiech dziecka ci wszystko wynagrodzi”. Znajome odpisały, ale w prywatnych wiadomościach. Później parę razy napomknęłam, że jest mi ciężko, dostałam mnóstwo komentarzy wspierających, ale także wiele oceniających i zniechęcających do dzielenia się szczerością: „A czego się spodziewałaś, przecież chciałaś dziecka, to teraz masz”. Więc kiedy czytam komentarze, że dziewczyny sobie nie radzą i zastanawiają się, czy to z nimi jest coś nie tak, widzę siebie sprzed kilku lat.

Z twojej książki nie przemawia złość, tylko smutek. Ostatnie zdanie: „Gdyby nie była kobietą”, dotyczące gwałtu, uświadamia, że gdyby twoje bohaterki nie były kobietami, wiele z opisywanych w książce rzeczy by ich nie spotkało. Z czym zostajemy po przeczytaniu tej książki? Gdzie jest nadzieja?
Świat nie jest sprawiedliwy i równy. Warto sobie to uświadomić. Często pojawiają się głosy w dyskusjach, że problemy są uniwersalne i nie mają płci. To nieprawda. Udowodniono naukowo, że niektóre sytuacje dotyczą w większości kobiet, jak choćby związane z macierzyństwem czy nierównościami płacowymi. Nadziei można szukać w fakcie, że nie jesteśmy z tymi problemami same. Też kiedyś myślałam, że z moimi frustracjami macierzyńskimi jestem sama. Kiedy koleżanki odezwały się do mnie i powiedziały „też tak mam”, poczułam ukojenie. Nie jestem jedyna. Świadomość, że inne kobiety na świecie też tak mają, daje poczucie jedności, wspólnoty i siły, która pomoże nam zmienić coś na lepsze. Puentą książki jest nieocenianie siebie nawzajem, bo nigdy nie wiemy, jaka historia za kimś stoi, z czym musiał się mierzyć. Czy nie łatwiej by nam się żyło, gdyby każdy zajmował się sobą?

Tytuł książki „Też tak mam” jest rzeczywiście mocny, wzywa do budowania wzajemnego wsparcia. Dla mnie jednak równie ważnym aspektem tej książki jest „A ja tak nie mam”, czyli to co mi opowiadasz nie jest moim doświadczeniem, ale wysłucham cię i postaram zrozumieć. „Ja tak nie mam”, ale to jest ok. Nie oznacza tworzenia tylko wspólnoty doświadczeń, ale pozwala otworzyć oczy i zrozumieć, że jesteśmy różni. Warto być dla siebie dobrym, akceptować się.
Nikt tego wcześniej tak nie ujął. Fajnie, że to powiedziałaś, bo często czytałam komentarze w negatywnej wersji: „Ja tak nie mam, to po co mam czytać książkę?”.

Słowem kluczem często dziś używanym jest czułość: czuły narrator, czuła przewodniczka. Czułość wobec siebie, wobec innych, wobec świata. Próba zrozumienia, empatia.
Tak, czułość, uważność. Czasem wystarczy człowiekowi powiedzieć: widzę cię, widzę twoje problemy, czy mogę ci jakoś pomóc? To tak niewiele, prawda? Mam w książce tekst o kobietach, które nie chcą pracować, biernych zawodowo. Stwierdziły, że bycie w domu z dziećmi bardziej im odpowiada. Wiele osób pisało mi, że nie wyobraża sobie takiej sytuacji. Nie mieć własnych pieniędzy? „Przypomnisz sobie na emeryturze, że fajnie jednak było pójść do pracy”. Ale w którymś momencie krytykujące ocknęły się i pomyślały: dlaczego ja w ogóle oceniam, to jej wybór. Jedna dziewczyna napisała mi szczerze, że ocenia z zazdrości, że ktoś może nie pracować i spokojnie wieść życie w domu, a ona codziennie biega z przedszkola do pracy.

Dostajesz sygnały od mężczyzn, którzy przeczytali twoją książkę?
Dostaję recenzje od mężczyzn. W większości pozytywne głosy. Piszą, że do tej pory nawet nie zdawali sobie sprawy, z czym musimy się mierzyć. Lektura książki otworzyła im oczy. Dzięki temu mogą lepiej zrozumieć swoje partnerki. Wiem, że moje czytelniczki często podrzucają też książkę swoim partnerom.

Może powinna powstać podobna książka o mężczyznach? Podzieliliby się odczuciami o tym, że nie wolno im płakać, muszą być silni i zawsze pokazywać, że sobie w życiu radzą, nawet wtedy, gdy sobie nie radzą.
Na mężczyznach w wielu przypadkach wywierana jest większa presja niż na kobietach. O ile my zaczynamy głośno mówić o wielu sprawach, wśród mężczyzn przyznanie się do problemu stanowi jeszcze tabu. Zamieściłam kiedyś na fanpage’u post z zapytaniem o sprawy, z jakimi mierzą się współczesne kobiety i mężczyźni. Ze strony panów nie było odzewu, raczej obracali wszystko w żart. Pisali jednak o tym, co powiedziałaś, że nie mogą płakać, że muszą być męscy, silni, wyglądać zdrowo. Myślę, że byłoby super przeczytać taką książkę.

Kobiety zaczynają głośno mówić, że nie wszystko im w życiu wychodzi, poczynając od ciasta, kończąc na macierzyństwie czy pracy. A mężczyźni milczą, boją się „odjajenia”.
Ciekawa jestem jak radzą sobie teraz, w czasach kiedy do głosu nareszcie doszło tyle ruchów kobiecych. Według mnie kluczem jest porozumienie, nie walka płci. Przecież wszyscy jesteśmy ważni, potrzebni i fajnie się dogadywać.


Jakimi kobietami się otaczasz?

Mam małe grono znajomych, właśnie z tego powodu, że dobieram je ostrożnie. Wolę mieć mniej koleżanek, ale za to wartościowsze kontakty niż mnóstwo i powierzchowne relacje. To otwarte, świadome kobiety. Nie boją się być sobą, stawiają na swoim, ważny jest dla nich rozwój osobisty. Umieją się odnaleźć w dzisiejszym świecie.

Jak radzisz sobie z hejtem w sieci?
Coraz lepiej. Mimo, że w sieci funkcjonuję już piętnaście lat, czytanie negatywnych komentarzy na własny temat nie przychodzi mi z łatwością. Zawsze sprawiają, że człowiekowi robi się przykro. Potrafię jednak oddzielić konstruktywną krytykę, która ma mnie rozwijać, od zwykłego hejtu, kiedy ktoś ma zły dzień i chce dowalić.

W wyobrażeniach wielu osób Ch*jowa Pani Domu jest zdystansowaną do świata babką, tymczasem ty jesteś empatyczną, delikatną kobietą, w której nie ma nic z zepsucia ogromną popularnością. Zachowałaś siebie, obroniłaś swoją wrażliwość.
Obserwuję, jak bardzo internetowe lajki czy zasięgi decydują o ocenie naszej wartości. Kiedy piszę jako Magdalena Kostyszyn, mniej znana postać, jestem olewana, ale kiedy odzywam się jako Ch*jowa Pani Domu, jestem wielbiona. A przecież jestem tą samą osobą.

We wstępie do swojej książki dajesz komunikat, że nie do końca wierzysz w siebie.
Osiągnęłam sukces w sferze internetowej, ale to nie znaczy, że jestem przebojowa i zawsze emanuję pewnością siebie. Chcę powiedzieć, że dla każdego z nas jest miejsce w tym świecie.

Co myślisz o Ch*jowej Pani Domu?
Nie daję znaku równości pomiędzy sobą a Ch*jową Panią Domu, ona nie jest moim alter ego. To raczej idea, ruch, nazwa społeczności. Ch*jowymi Paniami Domu mianowały się setki kobiet w Polsce.

Co przed Tobą?
Mam nadzieję, że wiele niezapomnianych podróży i satysfakcja z tego, co robię na co dzień.

Aneta Pudło-Kuriata
Fot. Jowita Pietroń, Adrian Błachut

Przeczytaj komentarze (4)

Komentarze (4)

ŁADNA DZIEWCZYNA sobota, 30.07.2022 13:11
ŁADNA DZIEWCZYNA
poniedziałek, 01.08.2022 11:23
Fajnie, że zmienia się świadomość w tym zakresie. Ale pewnie...
ello niedziela, 31.07.2022 10:11
Gratulacje, dzięki wulgaryzmom dotrze Panie do większej grupy klientów.
kilkujadek niedziela, 31.07.2022 08:58
Bardzo interesujące i trzeba się nad tym bardziej niż poważnie zastanowić. Zawsze uważałem że prawdziwy związek a myślę o głębokiej miłości i jej świadomości powinien opierać się na prawdziwej przyjaźni. Czyli głębokim nieograniczonym szacunku. Od 20 lat żyjemy tak z żoną. Dzieląc się dosłownie i w przenośni wszystkim. Mnóstwo rozmów na różne tematy i nie zawsze się zgadzamy. Ale żeby od razu taki punkt widzenia i życia podpinać tylko lewakom to już manipulacja.