[REPORTAŻ] Dać nura

sobota, 29.10.2022 08:17 1068 0

1. Fast foody i przyjemność

Kamienica na przedmieściu Wrocławia. Do kuchni Karola i Małgorzaty rzadko zagląda dzienne światło. Także i dziś, choć jest dopiero południe, rolety przysłaniają okna, a oboje siedzą przy sztucznym świetle lampy. Kuchnia miała być kiedyś centrum towarzyskim, gdzie przy stole można posiedzieć ze znajomymi i rodziną, ale stała się centrum gamingowym. Jednoosobowym – bo w swojej alternatywnej rzeczywistości (jak nazywa to Małgosia), Karol jest całkowicie samowystarczalny. Nie ma wyzwań, z którymi – jako wojownik w sile wieku – nie potrafiłby się zmierzyć. W rzeczywistości Karol ma 29 lat i dziś notuje wykonane zadania: w godzinę umył blaty, lodówkę, zrobił zakupy i wyczesał psa.
– Niedługo wskoczysz na level medium – żartuje jego dziewczyna.
Bo skoro Karol tak kocha grać, to Gosia wymyśliła dla niego grę w prawdziwe życie. Śniadanie, wyjście z psem czy zrobienie obiadu – za to wszystko w domu można zdobyć punkty. Co tydzień je liczą: kto wygrywa, wbija wyższy poziom, kto zamuli – spada niżej.
Niestety, według Karola tej grze do poziomu master wiele brakuje, wiec gra w nią tak naprawdę dla świętego spokoju. Spokój potrzebny mu jest po to, by włączyć komputer, odpalić Two Worlds i na kilka godzin dać nura w czasoprzestrzenny tunel. Biegać po średniowiecznym lesie pełnym potworów i czuć, że do tamtego świata również należy.

Takie emocje przeżywał tylko wtedy, gdy trzy lata temu zanurkował w Wietnamie. Razem z Małgosią zrobili podstawowy kurs nurkowy. Karol pod wodą zobaczył manty, czarny koral i skrzydlice. Potem posmakował freedivingu i już nie chciał robić nic innego. O nurkowaniu marzył od dziecka, ale na studia wybrał chemię. W czasie studiów pracował w firmie ojca, znosił jego chwiejne nastroje i odkładał na własną szkołę nurkową. Wiedział, że nie chce spędzić życia w firmie ojca, który kpił, że oceany są dla wariatów. Najbardziej kibicowała mu babcia Ola. Nigdy nie powiedziała mu przykrego słowa. Kiedy Karol dostał pierwszą pracę, wyprowadziła się do jego rodziców, żeby wnuk mógł zamieszkać na swoim. Mieszkanie było do kapitalnego remontu, ale młodzi mieli przecież czas i siły. To do babci jako pierwszej Karol zadzwonił, kiedy dostał pracę w firmie farmaceutycznej. Chciał, żeby wiedziała, że ogarnia życie.

W pandemii Karol stracił pracę. Trochę na własne życzenie, bo nie był dość czujny, aby zorientować się, że ktoś za jego plecami donosi na niego do szefa. Nadal pracowała Gosia – specjalistka reklamy w firmie odzieżowej. Ojciec zadzwonił do Karola i powiedział mu, że jest idiotą. Syn wyzwał go wtedy od najgorszych, ale czuł, że coś w tym musi być. W tamtym czasie odszedł jego kot, Momo. Kroplówki na chore kocie nerki wyssały domowy budżet. Po przejściu covida on i Karolina mieli problemy z sercem. Wszystko szło nie tak. Niedługo potem Karol postawił w kuchni monitor gamingowy (w sypialni leżała jeszcze folia malarska). Kupił go na studiach, kiedy przechodził Gothica. Pamiętał ten wkręt, te emocje, czasem tak wielkie, że musiał łykać xanax. Po tabletkach grało mu się lepiej, uważniej, chociaż z czasem potrzebował nie jednej, a dziesięciu. W trakcie studiów przeszedł odwyk od benzodiazepin i terapię. Gry umarły razem z xanaxem, tak wtedy pomyślał, ale miesiąc po stracie roboty, trzy lata od ostatniej rozegranej online potyczki znów odpalił Two Worlds.
Rozciągnął się na fotelu i odrodził jako T4urus. Dał nura. Pikowanie, flick shot i entryfrag, czyli zabicie pierwszego frajera. Ciśnienie w okolicach skroni puściło z pierwszym strzałem dopaminy. Krew krążyła szybciej, poduszka przyjemnie uciskała lędźwie. Karol twierdzi, że granie uratowało mu wtedy tyłek: przypomniał sobie, że jest mocny i fajny. Małgorzata kręci głową:
– Tamten świat to są takie fast foody – mówi – napchasz się żarcia ze wzmacniaczem smaku i w realu potem nic już nie smakuje. Co masz z tego grania?
– Przyjemność – mówi Karol – a przyjemność to energia. Rozwijam się,  ogarniam nowe mody. Ty też znikasz na całe dnie.
– Karol, ja zarabiam prawdziwe pieniądze. A tamto to tylko gra.
– Życie to gra.

                                                                            Fot. Pixabay.com

2. Kawiarnia w odcieniach bieli

Iza budzi się o wczesnym świtem. Gdy większość ludzi jeszcze śpi, ona, ubrana w czerwoną sukienkę i fartuszek, ogarnia kawiarnię przed przyjściem pierwszych gości. Uruchamia ekspres i maszyny do lodów. Do gablot wykłada ciasta – rogaliki maślane, tartaletki. Specjalnością kawiarni jest pudding. Przepis na ten deser (syrop karmelowy, orzechy laskowe, miód i pianki) to tajemnica kawiarni. Zna go tylko właścicielka, a znalazła go w Internecie w dziesięć sekund. Bo prawdziwa Iza budzi się trochę później. Siada na kanapie, wpisuje w Google hasło "my cafe" i szuka przepisów. Potem robi desery, przynosi klientom kawę i zarabia monety  – w swojej wirtualnej kawiarni. Moja Kawiarnia – właśnie tak nazywa się jej mały świat, zamknięty w ekranie smartfona, w którym Iza jest zarządcą (i opiekunem grupy na Facebooku). W grze każdy uczestnik ma swój lokal. Zaczyna się od małej kafejki, ale stopniowo biznes się powiększa. Przy regularnym logowaniu i klikaniu w zamówienia można zarobić szybciej i więcej. Iza oprócz kawiarni ma własne miasto, gdzie mieszkają koleżanki poznane w grze. Co tydzień razem biorą udział w zawodach. Wtedy cały dzień klikają, piszą do siebie, emocjonują się.
– One mogą, bo to jakieś studentki – mówi mąż Kasi, Tomek. A ty masz małe dziecko.

Bo Iza od 8 miesięcy jest mamą. Żeby grać w Moją Kawiarnię codziennie, wykorzystuje czas, w którym jej niemowlę po karmieniu zapada w sen. Tomek o tej porze siedzi w pracy. Lilka jest grzecznym dzieckiem, przesypia noce, niezbyt często płacze. Iza może więc sobie w wolnych chwilach pograć. Godzinkę, dwie, czasem więcej. Około piętnastej niechętnie wstaje z sofy. Przejeżdża mopem płytki w salonie i kuchenne panele. Wkłada do zmywarki naczynia i odkurza dywan. Nie chce kolejnej jazdy ani słuchania pretensji.  A Tomek pretensje ma. Że jak wraca z pracy, to nieogarnięta kuchnia. Że się z kosza wysypują pampersy. Że brudne pranie leży w kącie od miesiąca. Że nie ugotowane.
A Iza chce, ale nie może. Po karmieniu, przewinięciu i uśpieniu dziecka pada na kanapę. Od razu sięga po telefon. Klik – włącza się ekspres, przyjemny szum – nalewa się kawa. Kompulsywnie wciska kolejne maszyny – dźwięki automatów, przesypywania przypraw, nawet ubijania bitej śmietany działają na nią kojąco. Uwielbia otwieranie prezentów i losowanie nagród jak na strzelnicy. Ale najbardziej lubi, kiedy jej miasteczko wygrywa w rankingach. Kiedy sukcesy kawiarni rosną, Iza czuje satysfakcję i spokój, jakby w jej prawdziwym życiu też rosły jakieś zasoby.
Dziś Iza i Tomek siedzą na kanapie w salonie i rozmawiają o graniu w gierki. Na ścianach obrazy, które zamówił Tomek, duży pokój z kuchnią, którą sam zaprojektował. Kanapę, na której siedzą, też on wybierał.
– Nic w tym złego, że facet się zna na wnętrzach – mówi mąż Izy, handlowiec w branży budowlanej. Przestrzeń mi też się musi podobać. Nie widzę problemu.

Iza w zasadzie też nie widzi, chociaż w jej wirtualnej kawiarence dominuje biel i pastelowy błękit.
– O tę kanapę była taka wojna, taka jazda – mówi mi, kiedy Tomek idzie do kuchni nalać herbaty. – Mówię: gdzie tu ciemna zieleń, mało masz depresji? Ale on się uparł i mówi: jak się nie dokładasz, to ja chcę wybrać kolor.
Tomka irytuje cała ta Moja Kawiarnia, wirtualne koleżanki, z którymi jego żona jest w jakimś debilnym sojuszu, w jakimś miasteczku, gdzie ekscytują się jak nastolatki, że wygrały festyn.
- Kiedyś miałaś większe ambicje – powiedział jej, kiedy mu powiedziała, z czego się tak cieszy.
Iza kiedyś naprawdę chciała mieć swój biznes. Nie kawiarnię, ale restaurację. Ale na marzeniach się skończyło. Po pedagogice zarabia się niewiele, a już na pewno nie tyle, żeby otwierać własny lokal. A od kiedy urodziło się dziecko i Iza siedzi w domu, nawet nie ma o czym myśleć. Trochę żałuje – w podstawówce miała świetne oceny, nauczyciele mówili, że kiedyś daleko zajdzie.
Iza jakiś czas temu pierwszy raz chciała skasować z telefonu aplikację z grą. To było latem, kiedy odwiedziła dawną znajomą. To, co zobaczyła u niej w domu, sprawiło, że ukłuła ją zazdrość. Fajnie urządzony ogród. Zadbane kwietniki, meble i paznokcie koleżanki na jej smukłych dłoniach. Wtedy pomyślała, żeby rzucić to, jak określa Tomek, wirtualne gówno, które sprawia, ze czas znika nie wiadomo gdzie.
Ale to był impuls, wystarczyło, że zalogowała się do aplikacji, po czym przez godzinę robiła zamówienia.

Mimo to Iza niedawno zmobilizowała się i zaczęła zarabiać online. Sprzedaje ciuszki po małej – te, z których już wyrosła i ubranka dzieci swoich koleżanek. Potem bierze od nich prowizję. Ucierpiała na tym kawiarnia: nie było komu zarządzać zespołem i spadli w rankingu dwie ligi w dół. Trochę bolało, ale do zniesienia. Iza ostatnio się do Kawiarni trochę zniechęciła. Zrozumiała, że choćby nie wiem co, nie będzie w tej gierce najlepsza. Ani solo, ani z zespołem. Musiałaby wydać naprawdę niezłą kasę, a tyle pieniędzy to nie ma. I wtedy jej zapał jakby zmalał.
Za pierwsze zarobione na sprzedaży ciuszków pieniądze kupiła córeczce szumiącego misia i palmę fikusa do domu. ("I tak uschnie, bo nie podlewasz" – ocenił Tomek). Za następny dochód Iza chciałaby kupić do domu ekspres do kawy. Żeby przetestować, jak te wszystkie pyszne przepisy z wirtualnej kawiarni smakują naprawdę.

3.  Uratować siostrę

– Ile godzin przegrałeś? – pyta Małgorzata.
– Dużo. I nie przegrałem tylko wygrałem. Na przykład zrozumiałem, że sam mogę być postacią w grze. W normalnym życiu. I że chciałbym spotkać swojego programistę – Karol mruga okiem. – A ty, ile czasu na fejsie?
– To część mojej pracy. Promocja. A potem premia.
– Masz dobrą pensję. Po prostu chcesz wbić wyższy level – jej chłopak znowu mruga.
Karol gra, od kiedy stracił pracę. Rok pandemiczny i następny to było totalny odjazd. Grał głównie w RPGi, czyli gry, w których buduje się swoją postać, rozwija ją, dąży do celu – trochę jak w życiu. Przeszedł Wiedźmina, wygrywał turnieje w Counter-Strike. Najbardziej wkręcił się w Two Worlds. Bo świat fantasy jest najlepszy. W przeoranej wojną, średniowiecznej krainie walczył u boku Orkówi i szukał grobu Aziraala, boga wojny. Jego siostra została porwana, a on musiał ją uratować.
Właśnie ta fabuła, klimat i to, że trzeba sobie poradzić najbardziej podobało się Karolowi. Bo jak już sobie poradził, czuł, że jest cool, że daje radę, ogarnia. I że może być lepszy od innych. Do tego w Two Worlds walczy się wśród  natury, a Karol kocha dzikie miejsca. Trawa i krzewy w grze wyglądają naturalnie, w lasach jest pełno zwierząt. Za każdym razem, gdy pojawiał się przed nim średniowieczny bór – z miękkim runem, pulsujący życiem i obietnicą przygody, odczuwał na przemian spokój i podniecenie. No i ta muzyka. Skomponował ją autor ścieżki dźwiękowej do Top Gun. Razem z fantastycznym klimatem gry sprawiała, że po Karolu biegły dreszcze – od ramion do serca.

Grał na flow nawet trzy dni z rzędu. Czasem widział przemykającą Małgosię, która coś tam do niego mówiła, może nawet krzyczała. Miał to w dupie.
Nawet od babci raz usłyszał, że traci kontakt z rzeczywistością. Zacisnął wtedy zęby, zamknął się w kuchni na klucz i grał dalej. Nawet gdyby chciał zrobić sobie przerwę, powiedzmy – na dwa miesiące, to nie mógł. Bez sensu byłoby stracić cały postęp, zostać w tyle. W tym czasie wejdą nowe mody, skille, questy, czyli zadania. Straci zasoby. Nie po to inwestował sto pięćdziesiąt złotych w lepsze mapy, żeby teraz gonić ludzi w rankingu.
Karol czasem chciałby się totalnie wyczyścić. Zresetować. Jak w Fight Clubie, chociaż mówią, że sięganie dna to nie sanatorium. Gry są pod tym względem spoko, bo są bezpieczne – rozgrywkę można ostatecznie zacząć od początku. Co innego rzeczywistość. Z życia Karola znikali kolejno: kumple od jam session, ziomki z treningu i rodzina. Ojciec wyleciał pierwszy. Najczęstsza rzecz, jaką miał mu do powiedzenia, to że się go wstydzi. Powiedział mu to przez telefon, w czasie, kiedy syn grywał na flow. Skoro tak – odpowiedział Karol –  to on olewa święta. W wigilię zadzwonił do babci. Jak remont mieszkania? – spytała. Wnuka drażniło to pytanie, bo czuł się przesłuchiwany. Odpowiedział babci oschle, zbyt oschle.
A w styczniu dostał telefon z domu. Babcia zasłabła w tramwaju. Udar. Zmarła w szpitalu.

Karol poczuł wtedy, że on też w jakimś stopniu umarł. A przynajmniej jakaś jego część. Jego postać w grze na chwilę się oddaliła, rozpłynęła, jak fatamorgana, kiedy się trzeźwieje. Zniknął też Karol, ten sam, który od dwóch lat nie był w stanie znaleźć pracy ani pomalować kuchni. Pierwsze tygodnie po śmierci babci funkcjonował jak w transie. Najpierw myślał, żeby rzucić się pod pociąg, ale rzucił się do malowania pokoju. Robił to na automacie, nie myślał za wiele. W lutym przyszła wojna, w telewizji słyszał, że płoną miasta, które mają polskie nazwy. Że "jeszcze krok, a będziemy następni", tak przeczytał. Nie potrafił nikomu współczuć, za bardzo bolało. Stres jednak chyba był, jakby w podświadomości. Może był tam zawsze? Karol odreagowywał, grając w Company of Heroes  – strategiczną strzelankę. Nic tak nie uspokaja, jak zabijanie wroga. Potrzebował tego. Bólu, strachu, niepewności, wygranej. Tak w sumie pamięta dzieciństwo. Jego ojciec miał chwiejne nastroje. Jednego dnia wracał z roboty, wołał syna i zabierał na lody. A na drugi dzień robił awanturę o nic albo bił gdzie popadnie. Potem znów było fajnie. A więc Karol lubi, kiedy się w grach dzieje. Strzelanie oczyszcza mu synapsy.

Rozgrywając wojenną kampanię, Karol rozkminiał w głowie własną układankę. Składał rozwalony świat  w stabilną konstrukcję. Któregoś razu, w zasadzie bez większej przyczyny, kiedy jego alianci zagonili Niemców w kozi róg, przypomniał sobie Wietnam. Nie, nie tamtą wojnę, tylko manty i skrzydlice w przejrzystym oceanie. I to, jak bardzo chciał uczyć innych nurkowania. Przeszedł go dreszcz, ten sam co zawsze w średniowiecznej puszczy. Wiedział, że chce mieć tę szkołę – i na nią pieniądze.
W następnym miesiącu złożył kilka CV, ogłosił, że daje korepetycje z chemii. I wtedy zadzwonił ojciec. Pożyczę ci kasę – powiedział.
Karol wahał się, ale Małgosia była na tak. Jak daje – bierz – doradziła. Umówił się z ojcem na wieczór. Przysnął po południu i nie zdążył na tramwaj. Ojciec się niecierpliwił. Nieodebrane od niego połączenia migały na czerwono i działały na Karola jak płachta na byka. Kiedy oddzwonił, usłyszał: "Z takim podejściem, niczego nie osiągniesz! Już przegrałeś! Zmarnujesz moje pieniądze".
I w Karolu coś pękło. Rzucił słuchawką, wrócił do domu i odpalił Two Worlds. Kiedy Małgorzata weszła do kuchni z pytającym wzrokiem, rzucił tylko: "Sam sobie poradzę. Pomożesz?".

4. Śmierć jednorożca

– Oglądał mecze. Przez cały dzień – tak Kasia podsumowuje swoje gasnące małżeństwo.
Jej mąż, Sagar od dłuższego czasu przebywa w rodzinnym mieście w Indiach. Kontaktują się ze sobą na czacie, myślą o rozstaniu. Kasia w dużej mierze obwinia za to gry komputerowe. Sagar grał, odkąd go zna, ale w okresie narzeczeństwa traktowała to z przymrużeniem oka.
– Raz mąż zrobił mnie w megabambuko i to koncertowo – wspomina tamten czas – Zmorzyło mnie na chwilę, a ten drań przylazł podczas sjesty i się mnie przez sen pyta: "Mogę gry kupić? Ładniuszki taki". Oczywiście odpowiedziałam "Yhy" i obróciłam się na drugi boczek. Wstaję i widzę, że pociska już w Diablo III za jedyne 50 złotych europejskich. A najmroczniejsze jest to, że zamiast spacerować wojownikiem po kryptach, to co? Jakaś wyspa z chmurką i tęczą. Jakieś misie różowe na niego napadają i krwiożercze kwiatuszki, a przed chwilą ukatrupił JEDNOROŻCA.
Kasia kocha jednorożce, kolekcjonuje je w różnej postaci, ale żaden z nich nie przyniósł jej szczęścia w małżeństwie.

Po ślubie okazało się, że Sagar jest uzależniony od pornografii, ale najgorszym obciążeniem dla Kasi było nałogowe granie w LoLa. Na Twitchu, popularnej platformie dla graczy, Sagar całymi dniami oglądał, jak grają inni. Obserwował zagrania taktyczne.
– Drużyny się umawiają  i tam biegają ludziki. Kurwa, nie wiem, o co tam chodzi – irytuje się Kasia – już dawno temu wyrosłam z gier. Nie ogarniam, dla mnie to jest tylko naparzanie się, ale tam jest ponoć jakaś strategia i oni oglądają właśnie tę strategię. Dzień w dzień, od rana do wieczora. Mało tego, że oglądają, ale jest komentator podpięty pod kamerkę i komentuje co się dzieje – jak w rozgrywkach piłki nożnej. To jest cała kultura: oni tam śpiewają, jedzą. Dwóch ciśnie w gry, a jeden komentuje, tego się nie da ogarnąć normalnym rozumem. Bywało tak, że jednocześnie oglądał grę na komputerze, a na telefonie sam grał mecz.
Kasię najbardziej wkurza nieobecność. Gdy Sagar jest całkiem w swoim świecie. Owszem, czasem Kasia grała z nim. Sama też miała taki etap: dawno temu wkręciła się w Simsy. Siedziała, zarywała nocki, nie widziała na oczy, była zmęczona, ale grała. Więc Kasia wie, że można się w to wciągnąć. Ale kiedy jej ciało odmówiło posłuszeństwa –przerwała ciąg.
– A on nie – mówi Kasia – u niego nie ma limitu. Potrafi pięć dni siedzieć w domu. I jest odłączony. Kręgosłup go boli od jednej i tej samej pozycji.

Kasia mówi, że ma w domu dziecko, a nie faceta. Kolesia, który zamyka się w swojej sypialni, gromadzi sobie słodycze i rozrzuca papierki dookoła łóżka. Siedzi pod kocem, ogląda mecz i ciśnie jakąś karciankę. I naprzemiennie ogląda porno. Chociaż gdyby miał wybrać granie albo seks, wybrałby granie. Kasia tłumaczy to w ten sposób:
– Granie jest lżejsze. Pornografia jest dla niego raczej spustem, wyzwalaczem emocji. A granie było sposobem na życie po prostu. Tam ma swoich kolegów, komentarze, wszyscy są tam bardzo aktywni. On jara się tym, co tam sobie opowiadają, śmieje się z tych dowcipów – to jest jego życie towarzyskie.
Mąż Kasi ma kiepską kondycję.
– Zdrowy, młody człowiek koło trzydziestki, a męczy się spacerem – stwierdza Kasia. Piętnaście minut do sklepu to dla niego wysiłek. Jak nie gra, to śpi, bo jest zmęczony. No, ale jeśli cały czas gapisz się w ekran, to przecież męczysz psychikę.
Violka zapisała męża na grupową terapię dla uzależnionych od gier. Wrócił z terapii i dalej grał. Kasia twierdzi, że Sagar nie radzi sobie z rzeczywistością.
– On ma w sobie dużo lęku – ocenia – Rzeczywistość jakby go męczy. Ucieka w hermetyczny świat, który jest równie męczący, ale przewidywalny. To jakby mieć bardzo wąski lej, w którym nie mieszczą się rzeczy, które człowiek normalnie ogarnia. Kontakty towarzyskie, rozmowy, załatwianie urzędowych spraw – tego wszystko jest dla niego za dużo.
Od czasu do czasu Kasia wpada do pokoju Sagara odsłaniać okno.
– Jak taki szczur w norze. Wpuszczasz po prostu świeże powietrze, wyciągasz tego człowieka na światło dzienne, bo jest jak zombi.

Dawniej Sagar jeździł z Kasią do jej rodziny. Wytrzymywał wśród ludzi maksymalnie trzy dni. Później niszczył go stres. Wracał i grał.
Kasia widzi, że realny świat Sagara rozczarowuje. Rozmowy rozczarowują. Ludzie są nudni. Jakby w środku niego, w czasie grania w kilkudniowym ciągu, była tylko pustka. I ona tę pustkę widzi.
– Wszystko jest dla niego tutaj, w rzeczywistości płaskie, wyzwala w nim depresję – tak mówi Kasia –  Albo stresujące. Spotkanie towarzyskie to zawsze jest dla niego wyzwanie. Na pewno miał tak też zanim go poznałam, ale nie mam pojęcia, jak było w jego szkole czy dzieciństwie. Tak daleko nie wnikałam.

5. T4urus, Karol i ocean

T4urus jest postawnym blondynem, o szerokich barkach i potężnych dłoniach. Karol zawsze chciał mieć duże dłonie. "Połowa kobiet ma większe niż ja" – narzeka Małgorzacie. Twarz T4urusa z mocnymi kośćmi policzkowymi i szczęką nosi znamiona szlachetności. Karol w ciągu dwóch ostatnich lat przybrał osiem kilo, a od garbienia się przed monitorem zrobił mu się podwójny podbródek. No i zaniedbał treningi, co wytknęła mu Małgorzata przy okazji wspólnego wyjścia do marketu. Wtedy, po powrocie, Karol zaszył się w kuchni i z ulgą wskoczył w swoje lepsze ciało. Ale nie tylko fajniejszy skin sprawiał, że przebywanie w Two Worlds było tak przyjemne. To był kompletny świat zamknięty w przestrzeni, nad którą panował. Poczucie kontroli go odprężało. Czuł się kimś w rodzaju Boga, który stwarza, zarządza i decyduje o wszystkich sprawach uniwersum zamkniętego w miniaturze. Najbardziej jednak T4urus cenił sobie wolność. Nikt nie mówił mu, kiedy ruszyć się miejsca. Nikt nie kazał walczyć, kiedy nie miał ochoty. Dlatego zwykle ją miał.
– Miałeś wtedy taką minę, jak twój ziomek z gierki – Małgosia wspomina wieczór, w którym Karol ostatni raz rozmawiał z ojcem.
– Chciał dać hajs, żeby mieć nade mną kontrolę – mówi Karol – Dowalił mi. Jakbym znowu dostał w twarz. Ale czuję, że rozwalam ten łańcuch.

Kwiecień tego roku, trzy miesiące po śmierci pani Oli, babci Karola: pierwsza osoba zgłasza się do niego na korki. Książki ze studiów kurzą się gdzieś w sypialni. Dobrze by było przywrócić do życia dawne skille. Karol odsłania kuchenne rolety i siada przy oknie. Zbiór zadań z chemii. Pierwsza strona – kilka czarnych kolumn zapisanych drukiem drobnym jak ziarenka piasku. Niżej zadania – trochę jak questy, niczym bazy wroga. Karol  chce je oswoić, opanować, układa w myślach strategiczne chwyty, ale wzrok ucieka gdzieś między okno a parapet, zawiesza się na monitorze.
Tylko jedna runda, kilka punktów do expointu.
Parę ruchów i można dać nura. Tam, gdzie jest bezpiecznie.
Karol czyta o regule Hunda, która kiedyś wydawała mu się piękna, którą na studiach rozrysował jako abstrakcyjny obraz. Ale teraz to jest nudny wzór.

Mózg nie łapie już elipsy, nie chce mu się sięgać między wersy, pusta kartka jest po prostu pusta.
Palec sunie nerwowo po stronie, szeleści kredowy papier. Czegoś tu brakuje. Stępione sensory szukają afektu. Chcą się nasycić: ruchem, fleszem, kolorami. Dźwiękiem. Karol lubi ten matowy, przyjemny dla ucha klik, kiedy otwiera skrzynie, zbiera przedmioty do worka.
Masz to przezwyciężyć – mówi sobie w myślach i czuje się, jakby pchał wielki głaz.
Udaje się i Karol dociera do ostatniego rozdziału. Ma wrażenie,  że w głowie puściła mu jakaś zapora.
Mgr Kamila Kużaj–Karaszewska, psycholożka, mówi: "Gry buduje się tak, by stymulowały wielozmysłowo. Wszystko jest podane na tacy, nie trzeba się wysilać czy ruszać wyobraźnią. Jest to szybki i łatwy sposób, by doświadczać emocji.  Z drugiej strony – nawet od książek można się uzależnić – jeśli czytanie będziemy traktować jako ucieczkę przed cierpieniem, trudnymi emocjami albo konfrontacją ze światem. Istotne jest, od czego i z jakich powodów się ucieka."

Pierwsza rozmowa kwalifikacyjna Karola po dwuletniej przerwie – taka, w której musiał osobiście udać się do biura – była jak oddychanie w kosmosie. W obcym, nieprzyjaznym środowisku. Nie poszła najlepiej, pokonał go stres.
Małgorzata go rozumiała. Karol sam się czasem dziwi, dlaczego jeszcze go nie rzuciła. Kiedy siedzą przy stole, ona czasem głaszcze jego plecy – trochę, żeby przypomnieć mu, by się prostował, a trochę z czułością. Obiecała przecież, że pomoże. Pół żartem, pół serio wymyśliła im tę rozgrywkę – grę 3D z dźwiękiem, obrazem i zadaniami. No i nagrodami. Jakimi? Tego nie chce zdradzać. Na razie Gosia wygrywa. To ona najczęściej sięga po zmiotkę, po wodę, kiedy trzeba podlać kwiaty, po pędzel, żeby podmalować ukruszoną ścianę. O pomyśle grania w realu powiedziała jej znajoma, menadżerka w firmie handlującej w sieci. W jej pracy wykorzystano mechanizmy gry komputerowej do wdrożenia nowego projektu. Ludzie grali w grę opracowaną na potrzeby firmy, rywalizowali ze sobą, a przy okazji opanowali nowe rzeczy szybko i sprawnie.  Nazywa się to grywalizacja. Według badania przeprowadzonego przez Techvalidate, czołową amerykańską firmę analityczną, jedna trzecia firm, które stosowały grywalizację, poprawiła skuteczność w osiąganiu celów o połowę. Nauka może przypominać grę przygodową, aby pracownicy łatwiej się angażowali.

- Podstawowy mechanizm wykorzystywany przez twórców gier to potrzeba nagrody – mówi mgr Kamila Kużaj–Karaszewska – Nagradzanie powoduje przyjemność, wydziela się dopamina, poczucie wartości wzrasta i chcemy więcej. M. Lewis w książce "Memoirs of an Addicted Brain" pisze: "Stara dobra dopamina, chemiczny napęd, który powoduje, że uganiamy się za tym, na co mamy ochotę, co sprawia nam przyjemność. U osób uzależnionych sprawia, że mózg zajmuje się zdobywaniem narkotyków. Okazuje się, że desperacja napędzana dopaminą może zmienić mózg na zawsze, ponieważ jej komunikat, którym jest intensywne pragnienie, koncentruje je – jak silny mikroskop – na jednej określonej nagrodzie. Czy to w przypadku pożywienia, czy heroiny, miłości czy hazardu, dopamina tworzy koleiny, linie śladów w masie neuronów".
Małgosia podnosi rolety kuchenne do połowy, do środka wpada dzienne światło.
– Skoro życie to gra, to leveluj sobie tutaj – tym razem ona puszcza oko do Karola:
na przykład teraz możesz dać psu jeść.
Miesiąc temu wzięli ze schroniska suczkę w typie border collie. Do zadań gamingowych doszło szczotkowanie długiej sierści Loli i spacery. Najczęściej wychodzi Małgorzata, która nie jest zadowolona z  wyników domowej grywalizacji. Jej chłopak gra do dziś i uważa, że w życiu w równoległych światach nie ma niczego złego. Pod warunkiem, że nad jednym i drugim ma się względną kontrolę.
Bo jednak coś się zmieniło: ten większy świat, który wcześniej tak trudno było ogarnąć, stopniowo daje się okiełznać. I Karol czuje, że ta najsilniejsza, najbardziej znacząca przyczyna zmiany siedzi w jego głowie. Kiedyś w jednej z gier trafił na ocean. Grafika powalała, ale czegoś brakowało. Odkrył wtedy, w czym naprawdę się zakochał, kiedy pływał w Pacyfiku. Tym czymś był zapach – choć do dziś nie potrafi określić, jak pachnie powietrze, które tak mocno pobudzało jego zmysły. Mówi, że to zapach przygody. Odkąd postanowił, że w ciągu kilku następnych lat otworzy swoją szkołę nurkową, siła świata w miniaturze jakby słabnie. Wie jedno – w freedivingu może znaleźć to, co dają mu Two Worlds, Gothic i Company of Heroes razem wzięte. I tego się trzyma.

A więc Karol ma cel – odkładać miesięcznie 1000 zł. Kiedyś może weźmie kredyt i spełni marzenie. Gra teraz dwie, trzy godziny dziennie. Bo uważa, że gry jednak coś mu dają, chociaż Małgorzata ma inne zdanie. Jej chłopak wprowadził sobie limity, choć z początku dotrzymywanie ich to była, jak określa,  droga przez mękę. Z ojcem Karol nie utrzymuje kontaktu. Uwolnienie się od jego wpływu uważa za osiągnięcie równie ważne, co pierwsze wstanie od kompa i wyjście na spacer.

Tekst: Beata Szproch

Imiona bohaterów na ich prośbę zostały zmienione, są dostarczone  do wiadomości redakcji.

Dodaj komentarz

Komentarze (0)