komunikaty.doba.pl
wesele.doba.pl
PKS
LOTTO

piątek, 17 sierpnia 2018

Zanny, Mirona

Adam Sikora: Każdy ma swój Everest

sobota, 12.5.2018 11:57 , komentarze: 0 , odsłony: 1084
kategorie artykułu:

Wspinał się na szczyty w Himalajach, uczył nurkowania w Egipcie, trenował na obozach ze Stevenem Seagalem, uczył strzelectwa bojowego, prowadził dzierżoniowską dyskotekę Latino, gra w filmach - ostatnio w „Pierwszej miłości”. Wychował się w Bielawie, przez pewien czas mieszkał w Świdnicy. Swoją oazę, własny kawałek świata znalazł na ranczu w jednej z wsi pod Dzierżoniowem. We własnoręcznie wybudowanym domu nad stawem mieszka z partnerką, instruktorką jogi Iwoną, dwoma psami oraz końmi – Missisipi i Alaską.

Szukałeś miejsca, gdzie mógłbyś być blisko przyrody, konfrontować się sam ze sobą?
Kupiłem działkę w szczerym polu z widokiem na góry, na bagnistym terenie. Dużo pracy włożyłem w to, by można było tu mieszkać. Chcę cieszyć się każdym dniem. Nawet okna w moim domu są tak pomyślane, by moc obserwować wschody i zachody słońca, chociaż kolega, który jest architektem, odradzał mi to ze względu na montaż. Kąpię się stawie, rozpalam ognisko. Nie muszę rano wstawać do pracy, najpierw wypiję sobie kawę, bo konie mają swobodę, nie są zamknięte w stajni, piją wodę ze stawu. Ze wszystkimi zwierzętami jesteśmy w relacji przyjacielskiej. Nie zamieniłbym tego na działkę w mieście, 10 arów za 200 tysięcy. Z jakiegoś powodu ludzie boją się miejsc odludnych, nie mają gwarancji bezpieczeństwa. Ja wręcz przeciwnie.

Prawdziwa wolność?
Myślę, że w życiu ważna jest wolność na różnych płaszczyznach, także finansowej. Pochodzę z Bielawy, wiele lat mieszkałem w bloku. Dziś nie umiałbym siedzieć w mieście z fałszywym poczuciem, że jestem wśród ludzi i problemy znosimy razem. Widzę to inaczej, żyję po swojemu. Nagle okazuje się, że ci wszyscy ludzie, którzy prowadzą biznesy, mają dużo pieniędzy, np. prezesi banków, zapraszają mnie na prelekcje do Warszawy i płacą spore pieniądze, żeby dowiedzieć się, jak bez pieniędzy jeździć po świecie, jak bez pieniędzy spełnić swoje marzenia, rzucić wszystko i mieszkać w takim miejscu, jak ja. Ci ludzie chcą to wiedzieć, bo uważali zawsze, że punktem wyjścia są pieniądze: mam pieniądze to sobie kupuję.

W ten sposób definiują świat. I co im mówisz?
Opowiadam o wyprawach górskich, mówię o mojej chorobie, konsekwencji upadku na beton z wysokości piętnastu metrów we wczesnej młodości - trenowałem wówczas dzisiejszy parkour, skacząc po dachach. Przez trzy dni byłem nieprzytomny. Nie wolno mi było później dźwigać ani biegać, bo zadyszka doprowadzała do niedotlenienia. Oczywiście z przekory to wszystko robiłem, nie umiałem zrezygnować z pasji, marzeń, inaczej życie nie miałoby dla mnie sensu. Choroba dokuczała mi przez wiele lat, aż któregoś razu wróciłem z treningu i nic mi się nie stało. Zależało mi, żeby funkcjonować normalnie, bez tabletek w kieszeni. Pójść do lasu i zdecydować, że nie wrócę przez tydzień albo dwa, a nie liczyć, ile mam lekarstw w kieszeni. To zniewolenie rozwinęło moją potrzebę wolności na każdej płaszczyźnie.

Góry to twoja największa pasja?
Nie czuję się himalaistą. Bardziej określiłbym się jako włóczęga.

W 2005 roku jako szesnasty Polak wszedłeś na ośmiotysięcznik Shisha Pangma (8013 m n.p.m.) w Himalajach. Z tej wyprawy powstał nakręcony przez ciebie film „Droga na ośmiotysięcznik”. Otarłeś się tam o śmierć.
Wchodząc na Shisha Pangma ze względu na obrzęk płuc musiałem zostać niżej i później dojść do obozu na wysokości 6300 m n.p.m., gdzie czekał na mnie kolega. Szedłem sam. Kręcąc kamerą „Drogę na ośmiotysięcznik” podszedłem do szczeliny i powiedziałem objaśniając: „a to jest szczelina, trzeba na nią uważać, bo można stracić życie”. W tym momencie zawalił się most śnieżny i wpadłem do szczeliny. Wisiałem tam myśląc, czy uda mi się wydostać. Nie widziałem dna, uderzając czekanem zwalałem lód ważący spokojnie z pięćset kilogramów, ale nie usłyszałem uderzenia. Szczelina mogła mieć nawet kilometr. Radio schowałem do plecaka, do którego nie miałem dostępu. Zastanawiałem się, czy wyrzucić ważący 20 kg plecak, jednak wtedy również nie udałoby mi się przeżyć. Rozmawiałem z Bogiem: głupia sprawa, że zawsze jak trwoga to do Boga. Mówiłem mu, że jest jeszcze parę miejsc, które chciałbym zobaczyć, czekają na mnie bliscy, nie chciałbym teraz rezygnować z tego świata, ale jeśli tak ma być, to trudno. Po dwóch godzinach udało mi się jednak wydostać dzięki sile własnych mięśni. Kiedy doszedłem do kolegi, nie umiałem wydusić z siebie słowa. Poszedłem spać. Bardzo to przeżyłem.

Ale sytuacja się powtórzyła.
Dwa lata temu byłem samotnie na Island Peak, (6189 m n.p.m.) w Himalajach. W drodze powrotnej na ostatnich dwustu metrach zaczynam zjeżdżać liną, kiedy nagle okazuje się, że śruba na dole, która trzyma linę zjazdową, jest wyciągnięta. Koniec liny nie jest zawiązany na węzeł, na przykład ósemką. Lina była wetknięta w śnieg, śrubę zabrał szerpa, którego schodząc mijałem jako ostatniego. Poleciałem 100 metrów głową w dół, prosto do szczeliny. Celowałem rękami, żeby złapać za krawędź szczeliny i nie wpaść do środka. Faktycznie trafiłem na krawędź, pozdzierałem nadgarstki, ale zdołałem zatrzymać się przed przepaścią. W takich momentach życie przelatuje ci przed oczami. Wszystko dzieje się tak szybko, że nie ma czasu na szok, przemyślenia są później: co mnie jeszcze w życiu spotka?

Przeżyłeś w górach śmierć innego wspinacza, Martina z Czech.
Podczas wyprawy na Sisha Pangma dołączyli się do nas Czesi – bracia Kamil i Martin. Spędziliśmy kilka dni razem. Pewnego dnia Martin na wysokości 6300 m n.p. m. nie obudził się. Mógł mieć wadę serca, najwyższa wysokość, na jakiej był to Mont Blanc, 4810 m n.p.m. Ponad sześć tysięcy metrów to pierwsza strefa śmierci, organizm już się nie regeneruje. W wysokich górach ze względu na okoliczności i bezpieczeństwo ciało zmarłego chowa się w szczelinie. Jeśli niesienie drobnych przedmiotów urasta do wysiłku, to co dopiero z transportem ciała o wadze 90 kilogramów? Ale Kamil nalegał, żeby ciało sprowadzić, by mógł pochować brata w Czechach. I tak zrobiliśmy, ale było ciężko.

Co czułeś zdobywając szczyty?
Pobyt na szczycie to zawsze radość. Trwa to jednak chwilę, zaraz pojawia się myśl o schodzeniu, które jest trudniejsze ze względu na zmęczenie.

Wyprawy wysokogórskie to też sprawdzian człowieczeństwa. W ekstremalnych sytuacjach każdy jest sobą.
Ludzie rywalizują ze sobą w rożnych dyscyplinach sportowych, podobnie jest na wyprawach wysokogórskich. Na jednej z wypraw szła za mną pani zaopatrzona w ubranie i sprzęt za piętnaście tysięcy, ja w starych butach i kurtce. Kiedy minęło nas idące za rękę starsze małżeństwo w dżinsach i adidasach, ta pani mówi: najgorzej, to kiedy ludzie nie wiedzą jak się ubrać i próbują zdobywać góry. Odpowiedziałem jej, że ci ludzie są po prostu szczęśliwi. Czasem uczestnicy wypraw licytują się między sobą – a ja byłem tu, a ja byłem tam. No dobrze, i co z tego? Każdy ma swój Everest.

Co jest twoim Everestem?
Moim Everestem była moja choroba. Tak długo z nią walczyłem… Chyba dobrze, że się przypałętała. Zdyscyplinowała mnie, nie wiadomo kim bym dzisiaj był, bo byłem strasznym łobuzem.

Niedawno wróciłeś z wyprawy komercyjnej na Aconcagua w Andach, teraz wyjeżdżasz w Himalaje. Daje ci to satysfakcję?
Każda wyprawa jest inna, lubię to robić. Zresztą robię tylko rzeczy, które sprawiają mi przyjemność. Nie podejmuję się zadań dających wyłącznie pieniądze. Tak naprawdę trudno sprecyzować, dlaczego się wspinałem i wspinam… Pierwszy zdobywca Mount Everest Edmund Hillary pytany, dlaczego wszedł na Everest, odparł: bo jest. Taka nasza natura, nie ma logicznego wytłumaczenia dla wchodzenia na takie wysokości, gdzie śmierć jest kwestią czasu z powodu braku tlenu.

Po śmierci Tomasza Mackiewicza na Nanga Parbat pojawiły się pytania, po co ludzie narażają tak swoje życie. Wspinacze odpowiadali, że to ich sposób na życie. A co ty byś odpowiedział?
Dlaczego nie pytają, po co ludzie szybko jeżdżą samochodami, motorami, latają samolotami, po co jeżdżą konno? Po co nurkują? Choroba dekompresyjna daje przyjemne odczucia, to niebezpieczne, bo człowiek nie walczy. Nie ma logicznego wyjaśnienia dla uprawiania jakiegokolwiek ekstremalnego sportu. Nikt nie myśli o tym, że zginie. Każdy liczy na to, że mu się uda i będzie czuł się wyjątkowo. Bycie na granicy życia i śmierci jest wyjątkowym uczuciem, bo momentalnie wszystko co nas otacza, wszystko …jest sztuczne, nieważne. Trudne sytuacje, problemy finansowe są głupie, śmieszne. Nikt, kto nie przeżył tego, nie jest w stanie mnie zrozumieć. Pomyślałem sobie, że gdybym nawet miał do końca życia spłacać jakieś raty albo mieszkać w przyczepie, to wszystko byłoby luksusem.

Zaczynasz rozumieć, że najważniejszą sprawą w życiu jest fakt, że to życie trwa.
Właśnie tak. Potrafisz się zatrzymać, stajesz się uważny.

Pojawiasz się też na szklanym ekranie, grasz w serialach i filmach fabularnych.
Od września 2017 roku miałem kontrakt na kilkadziesiąt odcinków, w „Pierwszej miłości”, w wątku kryminalnym, bo wątki miłosne się ludziom znudziły. Gram gangstera Franka, pseudonim „Ostry”. Ubrany w kurtkę i buty, które teraz mam na sobie, chodzę z pistoletem za paskiem (Adam przynosi atrapę broni z drugiego pokoju i prezentuje) i robię mokrą robotę.

Mokra robota w „Pierwszej miłości” brzmi jak napad na bank w Teletubisiach.
Teraz mój szef Robert grany przez Cezarego Łukaszewicza siedzi w więzieniu, a ja uciekłem do Hiszpanii.

Jak to, ty uciekłeś, a szef siedzi?
W ostatnim, decydującym odcinku kazał mi podpalić policjanta, który na nas donosi. Złapałem tego policjanta, związałem taśmą i postraszyłem. Jednak przegięliśmy, więc Roberta zamykają, bo czuje się zbyt pewnie, a ja dostaję cynk i uciekam do Hiszpanii. No i w momencie, kiedy uciekłem do Hiszpanii, w związku z tym, że nie gram na planie, pojechałem w realnym życiu na Aconcagua (6962 m n.p.m.) w Andy. Zdjęcia do serialu są sześć, osiem razy w miesiącu.

Wrócisz jeszcze do „Pierwszej miłości”?
To zależy od reżysera, jest taka szansa, bo oglądalność serialu ostatnio bardzo skoczyła. Zadzwoniła do mnie niedawno moja siostra z pytaniem, czy Hiszpan zejdzie się z Melką. Ja na to, że nie wiem, bo mam wątek kryminalny i dostaję tylko scenariusz na odcinek. To są scenariusze wolne, inaczej niż w „Trudnych sprawach”, „Dniu, który zmienił moje życie” czy „Policjantach”, będących na licencjach francuskich czy niemieckich, gdzie w wersji w danym kraju można tylko urozmaicić dialog.

Ostatnimi czasy grałeś także w polskiej „Karbali” i niemieckim „Kapitanie”.
Dwa lata temu zagrałem w „Karbali”, opowiadającej o największej bitwie Polaków po II wojnie światowej w Iraku. Miesiąc temu w Niemczech miał premierę niemiecki film „Der Hauptman” (Kapitan), opowiadający o dezerterze, który przywłaszczając sobie czyjś mundur brany jest za kapitana. Wystąpiłem w Sensacjach XX wieku Wołoszańskiego, w odcinku „Największy wróg Hitlera”, IPN dał na to pieniądze. Jako agent Stevens wraz innymi w 1939 roku przygotowuję zamach na Hitlera w Monachium. Bomba wtedy wybuchła, tylko Hitler tak jak zawsze długo gadał, tym razem parę godzin wcześniej wsiadł do pociągu i odjechał. Zagrałem w ponad 40 produkcjach pierwszoplanowych, ale ja nie jestem Brad Pitt, a Polska to też nie Hollywood. Wielu polskich aktorów dorabia, choćby otwierając sklepy z winem. Nie jest łatwo utrzymać się z aktorstwa.

Ty trzynaście lat temu otworzyłeś w Dzierżoniowie dyskotekę Latino i centrum fitness.
Miałem pomysł na biznes i wsparcie finansowe. Po dwóch latach doszedłem do wniosku, że prowadzenie klubu to nieopłacalne zajęcie. Zbyt wiele rzeczy chciałem jeszcze w życiu zrobić, żeby zamknąć się na piętnaście lat w kredycie i biznesie, który nie pozwala na pasje – nurkowanie, wspinaczkę, podróżowanie po świecie. Zamknąłbym się w kieracie czegoś, co niekoniecznie przynosi dochód i daje satysfakcję. Jednym z powodów była też sytuacja, w której lokalni tzw. żołnierze przyszli zaproponować mi haracz. Kiedy nie zgodziłem się, doszło do przepychanek i gróźb. Poradziłem sobie, umiem się bić. Kiedy zaproponowano mi poprowadzenie dziewięciodniowej wyprawy wysokogórskiej, skalkulowałem, że trzy takie wyprawy to mój roczny dochód i mnóstwo wolnego czasu poza nimi.

Gdzie nauczyłeś się bić?
W 1991 roku uczestniczyłem w pierwszym otwartym szkoleniu organizowanym przez dr. Andrzeja Bryla, twórcę między innymi combat kalaki i BAS-3, który szkolił oddziały antyterrorystyczne na całym świecie. Nie trzeba było wówczas być policjantem, by przejść takie szkolenie. Była spora selekcja, z pięćdziesięciu zostało nas dwunastu. Trenowałem też aikido, były tam obozy organizowane Szczecinie, na które przyjeżdżał Steven Seagal. Kaskader Marcin Velinov był jego dublerem, Steven tylko pokazywał twarz, a wszystkie walki nagrywał Marcin, są podobnej postury.

Kiedy opowiadasz o zagospodarowywaniu działki, budowie domu, cieszysz się każdym szczegółem. Odnalazłeś dziś swoje miejsce na ziemi?
Czuję, że tak. Przyjeżdżasz na dziką działkę, na której wszyscy widzą tylko bagno i planujesz na kartce, jak to będzie wyglądało. Kupiłem ją w 2012 roku, budowę 36-metrowego domu rozpocząłem cztery lata później. Początkowo mieszkałem tu w przyczepie kempingowej. To pierwszy dom, jaki sam zbudowałem, mam z tego satysfakcję. Nie znam się na sztuce budowlanej. Na środku są trzy podpierające słupy, trzeba było wciągnąć na górę płyty, szyby mam ze szrotu, ściany z palet i kamienia. Wszystko poza płytami z odzysku, na zasadzie intuicji. Kominek dostałem od przyjaciela, meble też z odzysku. W ogrodzie, do którego prowadzą drewniane stare drzwi, uprawiamy warzywa, rosną kwiaty. Docelowo stanie tutaj dom z bali. Nie lubię sztucznego, udawanego świata. Ludzie są niewolnikami kredytów i samych siebie. Ja koncentruję się na tym, czy zrobić sobie molo przy stawie, może schodki, a może mostek. Czy pojeździć na Missisipi czy Alasce? Trzymamy tu konie, nie hodujemy, nie zarabiają na siebie, są wolne. Jeśli chcemy, jedziemy na nich na kilka godzin w góry. Ostatnio jechałem na Missisipi z Czech do Nowej Rudy, przez Góry Stołowe, kilkanaście godzin. W Czechach mam znajomego Jirziego, który żyje jak Indianin, ma bizony, ponad sześćdziesiąt koni, w tym o maści lamparciej, ogromnie rzadkiej. To jest wolność. Chociaż nie ograniczam się niczym i gdyby zaszła taka potrzeba, powiedzmy polityczna, wyjechałbym stąd, na przykład na Bali, na Oceanie Indyjskim.

Żeby medytować?
Nie, nie nadaję się do medytacji. Z przymrużeniem oka patrzyłem też na jogę, dopóki nie poznałem mojej partnerki Iwony, która jest instruktorką jogi. Zobaczyłem, że niekoniecznie musi tam być mantra i modlitwy. Wielu się dziwi, że będąc z Iwoną, która przygotowuje sportowców – wioślarzy, triatlonistów, narciarzy biegowych, karateków, sam nie praktykuję jogi. Ale to się już zmienia.

Jesteś samotnikiem?
W pewnym sensie tak, odnajduję się bez problemu wśród ludzi, ale jeśli mam dłużej przebywać, czuję się zmęczony. Nie potrzebuję ich tak bardzo. Zawsze jednak warto mieć kogoś, kogo się kocha, choćby jednego. Mam taką osobowość survivalową, więc jeśli moja ukochana jest dla mnie także przyjacielem, kumplem, to razem możemy wszystko: pogadać o ważnych rzeczach, opiekować się końmi, wspólnie zrobić ogrodzenie czy zagospodarować staw. Takie współistnienie jest fajne.

Jest w tobie tyle energii, pasji. I pewna dwoistość - z jednej strony samotnicze życie, wyprawy wysokogórskie, z drugiej – zgiełk związany z kręceniem filmów czy prowadzeniem dyskoteki. Życie jak nieustanna przygoda, łapiesz każdy dzień.
Życie z pasją otwiera nam wiele furtek. Ciekawość świata powoduje, że wszystko niejako samo pojawia się na naszej drodze. Nigdy nie zamykam się w szufladzie poszczególnych profesji. Jeśli jestem wspinaczem wysokogórskim, to nie wypada mi leżeć na plaży z drinkiem z palmą, jeśli mam ochotę albo zagrać w serialu? Świat jest taki piękny, jak można być w życiu niewolnikiem jednej roli, zaszufladkować się tylko na góry, nurkowanie albo rower?

Aneta Pudło-Kuriata

Fot. Doba.pl, archiwum Adama Sikory

 

Wasze komentarze

poniedziałek, 13.8.2018 14:18
wtorek, 7.8.2018 11:39
poniedziałek, 6.8.2018 13:08
czwartek, 19.7.2018 15:12
czwartek, 19.7.2018 11:09
środa, 18.7.2018 09:20
poniedziałek, 16.7.2018 14:50
niedziela, 10.6.2018 10:40
TWIERDZA KŁODZKO
TWIERDZA KŁODZKO
Wymarzone wesele
Wymarzone wesele