komunikaty.doba.pl
wesele.doba.pl
PKS
PKP
ZKM
WALUTY
FORUM

poniedziałek, 27 września 2021

Wincentego, Mirabeli

Bielawa śladem przedwojennych mieszkańców: most śmierci, pluskwy, cygara, szybowce

niedziela, 1.8.2021 14:23 , komentarze: 23 , odsłony: 24853

Do 1945 roku potok Bielawica dzielił miasto na dwie części stronę małą, wiejską (Kleine Seite) i stronę dużą, miejską (Große Seite). Różniły się dosłownie wszystkim, nawet dialektem. Łącznikiem obu światów były mosty pieszo-kołowe: most śmierci, zbożowy czy musztardowy – opowiada o dawnej Bielawie dr Rafał Brzeziński, historyk, dokumentalista, autor wielu publikacji historycznych o naszym regionie, przewodnik po pieszych wędrówkach po mieście śladem dawnych mieszkańców. Najbliższa wędrówka - 8 sierpnia 2021 r.  

Trzy lata temu ukazał się twój przewodnik „Bielawa. Wędrówki ulicami miasta”, pierwsze tego typu wydawnictwo na temat Bielawy. Do kogo jest skierowany?
Do bielawian i turystów odwiedzających miasto. Konstruując go, starałem się ująć każdą ulicę przedwojenną, praktycznie każdy dom, punkt po punkcie, by mieszkańcy wiedzieli, gdzie mieszkają.

Jak twoim zdaniem świadomość historii przedwojennych mieszkańców Bielawy, których opisujesz z imienia i nazwiska, wpływa na współczesnych bielawian?
Współcześni bielawianie chcą wiedzieć, kto zamieszkiwał wcześniej w ich budynku, nawet konkretnie w ich mieszkaniu, jaką profesją się zajmował, jak zmieniało się miasto przez lata. Widać to zainteresowanie właśnie podczas wycieczek po Bielawie i po pytaniach, jakie są zadawane. Mam kontakt zarówno z byłymi mieszkańcami Bielawy, jak i ich potomkami. W dalszym ciągu są zainteresowani historią Bielawy, bardzo cieszą się, kiedy ich nazwisko pojawia się w polskich publikacjach. Takim człowiekiem jest Nicolas Steuer, syn Kurta Steuera, budowniczego stalowych wież na Górze Parkowej (Krasnoludków) i na Kalenicy. Wykonał te wieże we własnym warsztacie ślusarskim przy ul. Ostroszowickiej. Ciekawa jest również historia księdza urodzonego w 1940 roku ‒ Günthera Hansa Jürgena Rotha, byłego ucznia papieża Benedykta XVI, autora ponad pięćdziesięciu książek, zamieszkałego przed wojną przy ul. Piławskiej 29 (Pielauerstraße), w domu wybudowanym przez jego dziadka Martina Rotha, inżyniera przemysłu włókienniczego. Starałem się nakreślić środowisko dawnych bielawian ‒ czym zajmowali się z zawodu, czy pełnili jakieś funkcje publiczne.

To prawdziwa podróż w czasie, czytając przewodnik niemal widzi się nieżyjących od wielu dekad ludzi, których opisujesz, słychać ich gwar: mistrzowie piekarscy, fryzjerzy, kupcy, krawcy, artyści, a gdzieś pomiędzy kłótnie, rozwody, choroby, miłości i marzenia. W przewodniku idziesz przez miasto ulica po ulicy, ludzkie historie przypominają zbieranie puzzli, by stworzyć obraz, choć takie poszukiwania to studnia bez dna, bo ciągle można się dowiedzieć o obiekcie lub o mieszkańcach czegoś nowego.
To prawda. Za jakiś czas pewnie można byłoby ten przewodnik poszerzyć o sporo nowych informacji. Pomysł na tę publikację pochodzi z mojego wcześniejszego przewodnika po Dzierżoniowie. Opracowałem tam siatkę ulic i wyznaczyłem sobie zadanie, ale nie było to tak dogłębne. Zaczynałem go pisać od strony topograficznej: główne ulice i odchodzące boczne. Miejska Biblioteka Publiczna od 2018 roku prowadzi cykl wycieczek po Bielawie: Wędrówki ulicami miasta ‒ szlakami opisanymi w przewodniku. Oprowadzam mieszkańców nie tylko Bielawy, ale także przyjezdnych. Bardzo cenne są spotkania i rozmowy z uczestnikami Wędrówek ulicami miasta, to jest historia na żywo, przy okazji dowiaduję się ciekawych rzeczy. Najbliższą, trzecią w tym roku wycieczkę, planujemy 8 sierpnia 2021 roku (niedziela). Rozpocznie się przy fontannie z sową na pl. Wolności w Bielawie o godz. 11.00.

Ul. Obrońców Westerplatte 48 (Schulstrasse 10) Mieszkał tu między innymi Hermann Henkel, nauczyciel i członek bielawskiego Towarzystwa Sowiogórskiego. Wydał mapę Gór Sowich, jako jeden z pierwszych zaczął jeździć w naszym regionie na nartach. Później mieścił się tu obóz szkoleniowy dla szybowników i hangary dla szybowców

Skąd czerpałeś informacje o mieszkańcach i ich profesjach?
To praca w archiwach, lata pracy nad innymi publikacjami. Korzystałem ze zbiorów archiwum we Wrocławiu, w Kamieńcu, z korespondencji z byłymi mieszkańcami. Pisząc książkę „O karczmach, zajazdach, gospodach... Lokale gastronomiczne i noclegowe oraz ludzie z nimi związani do 1945 r.” (wyd. 2012 rok) zbierałem informacje o turystyce, zabawach, wyszynkach, strojach. Siłą rzeczy trafiałem do osób związanych z kulturą i doszukiwałem się korzeni ludzi dawniej mieszkających w Bielawie, a żyjących teraz w Niemczech, Szwajcarii czy Argentynie. Dopowiadali wspomnienia z dzieciństwa – jakimi sankami jeździli, jakie ciasta na święta się piekło. To ich świat widziany oczami dziecka – wszystko było wielkie, wspaniałe, smaczne. Wielka frajda, przygoda, którą jest życie.

Wybór ulic wyznaczały ciekawe obiekty?
Nie wyznaczałem sobie punktów pod względem atrakcyjności turystycznej. Kierowałem się siecią dróg, od dolnej do górnej części miasta i odnogami. Bielawa jest dawną wsią ciągnącą się wzdłuż potoku Bielawica. Wyznaczając ulice, projektowałem sobie zakres pracy. To była także największa trudność, gdyż musiałem dotrzeć do wielu materiałów, aby opisać praktycznie każdy budynek w mieście. Tym się właśnie różni ten przewodnik od innych, w których opisane są najważniejsze tylko punkty na szlaku. Często tak bywa, że są to powielane informacje z innych publikacji. Dla mnie każdy budynek w Bielawie jest ważny, bo są to miejsca, w których żyli i żyją ludzie, a historie życia ludzi są najciekawsze.

Ul. Piastowska 54 (Dierigstrasse 54a) W 1925 r. w miejscu dawnego ogrodu Bruno Riedela powstał żłobek zakładu "Christian Dierig". Zbudowano go z gotowych drewnianych elementów wyprodukowanych w Górnych Łużycach

Z niektórych opisów możemy dowiedzieć się o dawnej funkcji budynku, na przykład gdzie przed wojną funkcjonowała w Bielawie szkoła szybowcowa czy fabryka cygar.
Do dzisiaj widać ślady dawnych rzemiosł w architekturze budynków, rozkładzie pomieszczeń czy ślady dawnych reklam nad witrynami warsztatów czy sklepów. Są to najczęściej wyłaniające się spod tynków pojedyncze czarne litery, które są jak wielka zagadka do odszyfrowania. Wraz z modą na palenie cygar założono np. w Bielawie w 1878 roku fabrykę. Szkoła szybowcowa mieściła się przy ul. Westerplatte, były też tam magazyny szybowcowe. W ślad za tym punktem ciągnie się opowieść o ruchu szybowcowym w Bielawie i możemy się dowiedzieć, że pierwsze loty szybowcami odbywały się z Góry Krasnoludków czyli Góry Parkowej, potem z Łysej Góry, lądowisko funkcjonowało pomiędzy Bielawą a Pieszycami. Przy ul. Wolności jeden z budynków prawdopodobnie ma zakopane piwnice z pozostałościami szybowców, do tej pory nie odkryte. Wiele wątków układa się w całą historię, a ta ciągle jest do odkrywania.

Co było największym odkryciem podczas pracy nad przewodnikiem?
Zaskoczeniem był dla mnie stopień podziałów przestrzeni urbanistycznej, zawodowej i społecznej w przedwojennej Bielawie. Wiedziałem o tym jako historyk z niemieckich kronik, jednak nie zdawałem sobie sprawy, że ten podział tak mocno funkcjonował aż do lat 40. XX wieku, to wyszło przy pisaniu przewodnika. Potok Bielawica dzielił miasto na dwie części ‒ stronę małą, wiejską (Kleine Seite) – obejmowała ul. Brzeżną, Tkacką, 3 Maja, Kopernika i Wiejską oraz stronę dużą, miejską (Große Seite) – należały do niej ul. Wolności, i Piastowska. Obie strony miasta różniły się dosłownie wszystkim. Wiejska strona ‒ z zabudowaniami drewnianymi, dopiero później stała się kamienna, ceglana. Wszechobecne było błoto, brak dróg, ludzie chodzący boso. Miejska strona – budynki murowane, ulice z chodnikami i latarniami, panie spacerujące w pantofelkach i z parasolkami od słońca. To była ta piękna strona, ze sklepami, kawiarniami, restauracjami, szykownymi dorożkami. Te dwa światy tak bardzo się różniły, że aż do XX wieku ta różnica była pogardliwie wskazywana. Łącznikami obu światów były mosty pieszo-kołowe nad rwącym górskim potokiem Bielawica. Na początku nie było ich dużo, budował je starosta. Spełniały funkcję gospodarczą: był most zbożowy, do transportu zboża z młyna po małej stronie, czy prowadzący do kościoła most śmierci – symboliczna ostatnia droga ludzi żyjących po stronie wiejskiej. Kiedy ludzie umierali po stronie wiejskiej, kondukt żałobny przechodził przez most śmierci na stronę miejską, gdzie był kościół katolicki i cmentarz. I most musztardowy, na którym wywrócił się wóz konny przewożący beczki z musztardą. Nie chcąc jej zmarnować, ludzie zrobili na moście wielkie świętowanie – naznosili od okolicznych wędliniarzy kiełbasę i mięso, a potem ucztowali wykorzystując zbieraną wiadrami musztardę.

W jaki sposób mieszkańcy wiejskiej części uczestniczyli w życiu miejskiej?
Przychodzili na targ, przywożąc swoje płody rolne. Karmili stronę miejską. Po stronie miejskiej były główne arterie komunikacyjne – dzisiejsze ulice Dzierżoniowska i Wolności, stacje kolejowe i największe zakłady włókiennicze. Dodatkowo ludzie mieszkający po stronie majątku Sandreckiego inaczej żyli, niż ci po stronie wiejskiej. Świat miejski, wiejski, dworski i jeszcze typowo górski, czyli Nowa Bielawa zaczynająca się od ulicy Ostroszowickiej w górę, ulice Sowia i Nowobielawska. Ten górski rejon pierwotnie należał do Ostroszowic, później po wymianie ziemi przez hrabiów pod koniec XIX wieku wszedł do Bielawy. Hodowano tam przede wszystkim owce, mniej krów, powstały w tym rejonie aż trzy fabryki serów, co świadczy o zapotrzebowaniu na ten produkt i o zwiększającej się liczbie mieszkańców Bielawy. W latach 40. na potrzeby wojny i zwiększonej produkcji spożywczej te fabryki przeniosły się do centralnej części Bielawy. Przy ul. Wolności 38 powstał duży zakład z przebudowania dawnej posiadłości fabrykanckiej. Trzeba pamiętać, że z końcem XIX wieku główna arteria miasta tzw. Dużej Strony była już gęsto zabudowana. Fabrykanci szukali nowych terenów, przestrzeni życiowej dla rozwijających się zakładów po stronie wiejskiej, co stanowiło jej potencjał rozwojowy. Okres drugiej wojny światowej był czasem, kiedy część zakładów z centralnych Niemiec chroniła się w Bielawie, bądź otwierała swoje filie. Rejon był bezpieczny, alianci nie bombardowali tych terenów. Bielawa, która uzyskała prawa miejskie w 1924 roku, początkowo składała się z kilku odrębnych wsi. Związane to było z długością wsi. Mieszkańcy żyjący w mieście przed wojną wspominali, że Bielawa różniła się na swojej długości nawet dialektem, jeszcze w latach 40. ubiegłego wieku inaczej mówiono w górnej części, inaczej w dolnej.

Mieszkają tutaj jeszcze Niemcy z dziada pradziada?
Tak, to samo tyczy się Dzierżoniowa. Grupa, która tutaj pozostała, wżeniała się w rodziny polskie, do dzisiaj się spotykają raczej ze względu na to, że znają się od pokoleń, a nie ze względu na nację. Przedwojenna Bielawa to tygiel kulturowy, mieszkali w niej nie tylko Niemcy, ale także Czesi oraz Polacy. Można było spotkać dużo polskich nazwisk – Superczyński, Podolski, Zemelka, Schendzielarz, bo ludzie wykształceni w konkretnych zawodach zakładali tu swoje interesy ‒ ślusarstwo, instalatorstwo, elektryka. Polska po przegranych powstaniach narodowowyzwoleńczych traciła także sporą grupę ludzi, którzy musieli uciekać z Kongresówki czy Wielkopolski (znali język niemiecki) do miejsc, gdzie mogli czuć się bezpiecznie i mieli szansę na budowanie swojego zawodowego sukcesu. Patriotyzm patriotyzmem, ale zawodowy sukces odgrywał przecież znaczenie, pozwalał przetrwać. Warto wspomnieć, że od początku XX wieku tereny, gdzie leży Bielawa, były atrakcyjne dla polskich pracowników sezonowych. Dość wspomnieć, że w kościołach niemieckich odbywały się nabożeństwa po polsku, właśnie dla takich pracowników. Rozwój Bielawy przyspieszył w latach 70. XIX wieku po wygranej wojnie z Francją, kiedy Prusy dostały ogromne kontrybucje. Pieniądze zainwestowano w cegłę, Śląsk zmienił swoje oblicze, z drewniano-kamiennej zabudowy nagle wszystkie miasta stały się ceglane. Zabudowa drewniana w Bielawie praktycznie zniknęła. Jedyny bodajże zachowany budynek drewniany przy ul. Piastowskiej 54 z roku 1924 powstał z gotowych elementów zamówionych przez Dieriga. W tym miejscu było przedszkole dla dzieci jego pracowników, więc zamówił taki składak w zakładzie „Christoph & Unmack” w Łużycach Górnych. Nie ma on wartości regionalnej architektury. Jest wtrętem architektonicznym. Takie składaki można spotkać w całej Europie. Ten bielawski jest to projekt Albina Müllera, zapewne z 1921 roku. Tutaj można wspomnieć, że również Albert Einstein mieszkał w takim składaku z tej samej firmy. Pierwsze zakłady włókiennicze wyglądały jak obecny budynek Urzędu Miasta. To typowa zabudowa przemysłowa po pierwszej połowie XIX wieku. Wielkopowierzchniowe zakłady powstają dopiero w latach 70. ubiegłego wieku, dzięki odszkodowaniom wojennym. W ślad za tym zaczęto ściągać architektów, nie tylko niemieckich, ale także szwajcarskich i francuskich, którzy projektowali zakłady i wille dla fabrykantów.

Ul. Cmentarna 2 (Friedhofstrasse 2) Willa należała do rodziny Hilbertów, później do rodziny Wolffów, która zbiła fortunę na branży włókienniczej. Ostatnim przedwojennym właścicielem był dr filozofii i kompozytor Traugott Wolff

Zwraca uwagę stan budynków na fotografiach w przewodniku. Na przestrzeni ostatnich lat wiele zabytkowych domów zyskało nowe oblicze, ale wciąż nie brakuje tych czekających od zakończenia wojny na gruntowny remont.
Po wojnie nie było w miejskich instytucjach wydziału zajmującego się remontami budynków. Jeśli ich stan był zły, rozbierano je i przekazywano jako materiał budowlany. Z rozmów z mieszkańcami wynika, że budownictwo poniemieckie nie było cenione przede wszystkim ze względu na stan tych budynków: pomieszczenia nie były duże, dzielono mieszkania, toalety były na zewnątrz. Nowe budownictwo odbierano jak skok cywilizacyjny jeszcze większy niż naleciałości powojenne, obarczone negatywnymi emocjami. Budownictwo niemieckie było wilgotne, bez podmurówek, fundamentów, izolacji, oparte na kamieniu, który ciągnął wilgoć. Ówczesna cegła miała doskonałe parametry, ale budynki powinny być opalane, a nie zawsze stać było na to ludzi. Przed wojną ludzie żyli bardzo oszczędnie, dla wygody potrafili malować pas przy podłodze czarną farbą na wysokość 20 cm od podłogi, żeby wilgoć dalej nie szła, ale mieszkanie nie oddychało. Taka prymitywna izolacja pozioma. Polacy, którzy przyjechali tutaj po wojnie wspominają, że największą plagą tych domostw były pluskwy, które lubią wilgotne warunki. Spali w łóżkach z rozpostartymi firankami, jak baldachim, bo pluskwy wpadały na twarz z sufitu i wczepiały się we włosy. Podłogi malowano w tym celu żrącą, chemiczną farbą z krynoliną.

Już trzynaście lat ukazuje się na lokalnym rynku wydawniczym prowadzony przez ciebie periodyk „Bibliotheca Bielaviana”. Jak zmieniał się rocznik na przestrzeni lat? Jak wyglądała praca nad nim?
Bibliotheca Bielaviana” trafia do wszystkich ważniejszych bibliotek w Polsce. Dla mnie, jako historyka, te trzynaście lat jest jak jeden rok. Praca nad rocznikiem zawsze była ciągłą gonitwą, nigdy nie oglądaliśmy się wstecz. Tuż po promocji jednego wydawnictwa zaczynaliśmy pracę nad następnym. Wcześniej byłem redaktorem „Rocznika Dzierżoniowskiego”, widziałem jak ważne jest takie pismo dla mieszkańców Dzierżoniowa i ludzi zainteresowanych tym miastem z zewnątrz. Widziałem jak wygląda praca nad nim ‒ poznałem plusy i minusy i doszedłem do wniosku, co chciałbym zmienić, ale nie wszystko się udało ze względu na będącą wartością niezmienność układu pisma. Dlatego też od samego początku, kiedy założyłem bielawskie pismo w 2009 roku raz ułożony układ tematów i rozdziałów jest niezmienny od ponad dziesięciu.

Jak rozwijał się rocznik bielawski pod względem merytorycznym?
Dla mnie w roczniku jednym z ważniejszych działów to wywiady z ludźmi. Na ten aspekt dokumentowania życia miasta kładę największy nacisk. Artykuły historyczne można pisać na przestrzeni kilku lat, przeszłość nie zniknie, natomiast wywiady z ludźmi są jak gra w nieobecnych. Każdego roku umierają zasłużeni, ważni dla społeczności ludzie. Dwa działy poświęcone są ludziom: wywiady z żyjącymi mieszkańcami oraz ostatnie wywiady lub pożegnania, wspomnienia o tych, których już nie ma. Nie zawsze się zdąży…

Pamiętam z jednego z wykładów promocyjnych rocznika „Biblioteca Bielaviana” wystąpienie historyka prof. Stanisława Niciei, który podkreślał, jak ważne jest w lokalnych społecznościach dokumentowanie życia, bo pamięć ludzka jest ulotna, a to, co niezapisane, niesfotografowane, z czasem zniknie, odejdzie wraz z człowiekiem. Warto się spieszyć, nie odkładać na później, bo można nie zdążyć.
Zadaniem historyków, a także dziennikarzy jest utrwalać przemijający każdego dnia świat, który nas otacza. Historia nigdy nie jest dopowiedziana. Jakiś czas temu otwarto archiwa Andersa, dzięki czemu Polacy dowiedzieli się o losie swoich przodków, którzy zginęli w Rosji. Wcześniej nigdy nie mieli tej pewności. Rozmawiałem z panią, która opowiadała, że śmierć jej dziadków widziała jako dwunastoletnia dziewczynka, co zostało przekazane do archiwum.

Dla bliskich cenna jest nie tylko wiedza o zgonie krewnego, ale także jej okoliczności: gdzie, w jakiej sytuacji, czy długo cierpiał. To są informacje budujące pamięć rodzinną.
Z moich rozmów z ludźmi wynika, że ważne dla nich jest, czy ich bliscy zmarli zachowali godność do samego końca.

Twój najważniejszy wywiad?
Jako historyk nie jestem w stanie wskazać wywiadu najwięcej wnoszącego w historię regionu. Każdy wywiad jest ważny, jak ziarenka układają historię miasta, ale emocjonalnie wstrząsnęła mną rozmowa z Michałem Pałachem, wspominającym swój pobyt w Oświęcimiu. Wspominał go w sposób, w jaki nigdy dotąd nie słyszałem. Ludzki sposób. Nie piękny, nie heroiczny, tylko uczłowieczył to, co opowiadał. Nie mówił o postawach bohaterskich, bardzo dokładnie znał sytuację Maksymiliana Kolbe, który rzekomo poświęcił swoje życie – był na tym samym bloku, w tym samym karnym komando, gdzie znęcali się nad nim kapo. Kolbe nie podjął heroicznej decyzji o oddaniu swojego życia za życie innego człowieka ze względów humanitarnych czy patriotycznych, on po prostu chciał już umrzeć, bo psychicznie nie wytrzymywał. Michał Pałach mówił o znęcaniu się nad ludźmi, o upodleniu, ciągle powtarzając słowa: smród, śmierć, gówno. Opowiadał, że Boga tam nie było. Rzadko to się słyszy, rzadko który człowiek w podeszłym wieku potrafi na spokojnie, bez emocji zrelacjonować wspomnienia tak, jakby dalej był tamtym osiemnastoletnim chłopakiem. Wyobrażałem sobie, że jako starszy człowiek będzie opowiadał stonowanie, pouczająco, wręcz patetycznie, ale on podczas rozmowy stał się znowu tamtym nastolatkiem. Przytaczał straszne rzeczy z obozowego życia. Przeżył piekło, ale jego najczęstsze słowa żalu to były: „zabrali mi młodość”.

Aneta Pudło-Kuriata

 

Wasze komentarze

świetny pomysł,na takie artykuły,tym bardziej że historia miast jest na...
wtorek, 03.08.2021 13:10 autor: @bielawa_wczoraj_i_dzis
To wspaniały dar , że mamy Pana , wielkie dzięki...
poniedziałek, 02.08.2021 16:28 autor: Bielawianin S.D.
Doba niech odszuka zapisaną historie Bielawy ...
niedziela, 01.08.2021 22:53 autor: drukarz
Takie artykułu czyta się kapitalnie a nie wypadki narkotyki i...
niedziela, 01.08.2021 16:46 autor: Mieszkaniec
Też tak myślę ,szkoda że tak rzadko się one ukazuja
niedziela, 01.08.2021 22:30 autor: Też to lubię
Dokładnie - pozdrawiam!
niedziela, 01.08.2021 22:22 autor:
racja w 100 %
niedziela, 01.08.2021 18:12 autor:
duzo ,duzo starsze sa budynki ,pokazuja tylko te...
niedziela, 01.08.2021 14:36 autor:
czwartek, 2.9.2021 17:35
17
piątek, 27.8.2021 13:05
8
środa, 22.9.2021 09:07
poniedziałek, 6.9.2021 09:45
wtorek, 31.8.2021 22:57
poniedziałek, 21.6.2021 10:30
Restauracja Teatralna
Restauracja Teatralna
Restauracja Gaspar
Restauracja Gaspar
Impress kurs tańca
Impress kurs tańca
Sushi Dzierżoniów
Sushi Dzierżoniów
PRZEGLĄDY REJESTRACYJNE
PRZEGLĄDY REJESTRACYJNE
Sprzęt rehabilitacyjny
Sprzęt rehabilitacyjny
SPZOZ w Świdnicy - Latawiec
SPZOZ w Świdnicy - Latawiec
Mati Autogaz
Mati Autogaz
Autocentrum JOL-LAK
Autocentrum JOL-LAK
Basen Fitness Aquarius
Basen Fitness Aquarius
Studio Językowe Status
Studio Językowe Status
Sklepy Wielobranżowe BEJ
Sklepy Wielobranżowe BEJ
Autorejestrowanie
Autorejestrowanie
Radiotaxi BIS
Radiotaxi BIS