"Lubię kopać"

środa, 7.2.2024 11:10 1639

O koreańskiej sztuce walki opowiada polski mistrz olimpijski z Seulu, piławianin Mariusz Rusiecki.

- Skąd się wzięła pańska ulubiona dyscyplina sportowa?

- Taekwon-do powstało w Korei. Nazwę nadał generał Choi Hong-hi na zgromadzeniu wielkich mistrzów sztuk walki 11 kwietnia 1955 roku. Spotkanie odbyło się w celu połączenia i skodyfikowania wielu zróżnicowanych stylów. Międzynarodową Federację Taekwon-do (ITF: International Taekwon-Do Federation) założył 1966 roku. Generał już nie żyje, ale jego syn kontynuuje tradycję. Kilka lat temu spotkaliśmy się z nim w Oleśnicy. Kiedy robiłem zdjęcie, podał mi rękę i powiedział po  polsku: „Dziękuję!”. Dodał też, że lubi Polaków. W latach 80. ukrywał się bowiem u nas, bo w rodzimej Korei był ścigany przez władze komunistyczne. Teraz mieszka w Kanadzie.

- Jak się panu udało zakwalifikować na olimpiadę w Seulu?

- Powołanie do polskiej kadry olimpijskiej dostałem już dawno, ale, nie ma co się oszukiwać, wyjazdy zagraniczne wiążą się z dużym kosztami. Niestety, taekwon-do to nie piłka nożna i wszystko pokrywamy z własnej kieszeni.  Zawsze przede wszystkim zależało mi na karierze sportowej syna. Bartek wszędzie jeździł, gdzie tylko można było, a mi wystarczyły walki na treningach. Kiedy jednak pojawiła się perspektywa wyjazdu na olimpiadę w Korei, postawiłem wszystko na jedną kartę. Trochę pomogli mi rodzice, bo koszty przelotu i pobytu były ogromne, tym bardziej, że powołano też Bratka, ale ostatecznie udało nam się. Żeby trafić do reprezentacji Polski i zaklasyfikować się na taki wyjazd, trzeba było zebrać odpowiednio dużo punktów. Przyznano mi je chyba za aktywność i systematyczny udział w treningach (śmiech). Przed dwoma laty we Wrocławiu zdałem najlepiej egzamin na 4. dan. Byłem najstarszym zawodnikiem i na 100 punktów zebrałem 98. Komisja uznała, że mogę jechać do Korei. Intensywne przygotowania rozpocząłem miesiąc przed olimpiadą. Dzień w dzień, a czasem i 2 razy dziennie po pracy trenowałem w klubie. Przynajmniej 2 godziny ćwiczyłem kondycję, kopnięcia, worki, praktycznie wszystko…  Z klubu „Tiger” w igrzyskach wystartowało 15 zawodników.

- Mocne wrażenia?

- Przyjechaliśmy tydzień przed olimpiadą. Igrzyska trwały trzy dni. Wzięło w nich udział blisko 2 tysiące uczestników. Na lotnisko w Seulu przyjechał po nas specjalny autobus i ponad 3 godziny wiózł do miasteczka taekwon-do. To koreański odpowiednik chińskiego klasztoru Shaolin. Kompleks liczy kilkanaście sal treningowych, ma własny hotel i tabor złożony z busów, dowożących zawodników z okolicznych miejscowości. Trochę szkoda, że spędziliśmy tam tylko jeden dzień, ale i tak doświadczyliśmy mnóstwo niesamowitych przeżyć. Poćwiczyliśmy w pięknych plenerach i porobiliśmy sobie dużo zdjęć (Zapraszam do oglądania filmików na naszej stronie na Faceboku). Stamtąd wyruszyliśmy do drugiego największego miasta w Korei Południowej. W nadmorskiej metropolii Busan spędziliśmy 4 dni. Pozwiedzaliśmy świątynie i ostatniego dnia po południu wróciliśmy ekspresowym pociągiem (240 km/h) do stolicy, żeby zdążyć na poranne ważenie zawodników.

- A droga na olimpijskie podium?

- Mogłem startować w czterech konkurencjach, takich jak: techniki specjalne, testy siły, układy oraz walki. Na przykład w „technikach” przeskakujemy pewną odległość i musimy złamać deskę albo jak najwyżej wykonać kopnięcie nożycowe dosiężne. Niestety, wszystkich zawodników „wrzucają do jednego wora”. Nie oszukujmy się, z racji wieku nie polecę już wysoko. Rekord mojego syna w szczytowej formie, kiedy ważył niecałe 70 kg, to 2,83 m. Postawiłem więc na walki. Miałem 3, praktycznie pod rząd. W pierwszej zdominowałem przeciwnika. Drugą, z pomocą trenera, rozegrałem technicznie. Za to w trzeciej „wystrzelałem się” przez pomyłkę już na początku. Komunikat był jasny. Weterani, tacy jak ja, walczą w finale tylko jedną rundę. A kiedy ją wygrałem, okazało się, że jest jeszcze jedna. Rywalem był młodszy ode mnie i strasznie agresywny Nowozelandczyk, więc tym razem poległem i mieliśmy dogrywkę. Udało mi się jednak pokonać przeciwnika. Używałem lewej nogi, co mnie uratowało. Nie wiem, jak to zrobiłem, bo rywal (chyba czterdziestosześcioletni) był niesamowicie szybki, ale jakoś poszło. Koledzy byli szczęśliwi.

- Przywiózł pan złoto z Seulu….

- To sport narodowy Koreańczyków. W Seulu, kiedy kierowca taksówki zorientował się, że jesteśmy Polakami uprawiającymi taekwon-do, od razu rozmowa potoczyła się inaczej.  Okazało się, że ma 5. dan. Inny nasz taksówkarz miał 3. W stolicy Korei oglądaliśmy pokaz w prężnie działającym klubie, werbującym zawodników z całego kraju. Żeby dostać się do drużyny, trzeba bardzo ciężko trenować, a to, co zobaczyliśmy na pokazie, wręcz graniczy z cudem. Zresztą trudno się dziwić, skoro zawodnicy żyją z takich pokazów.

- A pan z czego?

- Mam 52 lata. Ponad 20 lat pracowałem u kamieniarza, ale w pewnym momencie postawiłem na zamiany. Kiedyś jeździłem ciężarówkami, a teraz prowadzę busa. Pracuję też trochę w Jodłowniku w produkcji.

- Kiedy pan zaczął uczyć taekwon-do?

- Najpierw trenowałem karate kyokushin, później miałem przerwę, w pełni poświęconą życiu rodzinnemu. Po pewnym czasie zacząłem trenować taekwon-do, co zawsze było moim marzeniem.  Taekwon-do ma więcej kopnięć niż uderzeń, co mnie bardzo cieszy, bo lubię kopać. Obroty z wyskoku o 540° z łamaniem deski są bardzo widowiskowe. W karate czy innych sztukach walki tego nie doświadczysz. Instruktorem jestem stosunkowo niedługo, bo 14 lat. Kurs robiłem blisko 1,5 roku w Kątach Wrocławskich. Często też uczestniczyłem w seminariach weekendowych.  Jakieś 11 lat temu dołączyłem do klubu „Tiger”, kiedy zeszły się nasze drogi z trenerem Sebastianem. Sekcję w Piławie przejąłem po koledze.

- Ilu macie zawodników?

- Na treningi uczęszcza około 50 piławian w 3 grupach. Uprawiamy tradycyjne taekwon-do. Stoimy przy generale Choiu i jego synu. Trenujemy we wtorki i czwartki. O godzinie 16:00 przychodzą przedszkolaki i młodsze dzieci w wieku do 9 lat.  Na 17:00 zapraszamy zawodników między 10. a 13. rokiem życia, a o 18:30 trening zaczyna  młodzież razem z dorosłymi. Połączyłem jednych i drugich, żeby ułatwić młodym rozwój. Zajęcia kończymy o 20:00. Na powszedni trening składają się: rozgrzewka, rozciąganie, kopnięcia czy akcje sparingowe w rękawicach i ochraniaczach. Skoczność wyrabia się choćby poprzez powtarzanie wskakiwania i zeskakiwania, na przykład z biurka.

- A W jakim wieku trenują zawodnicy?

- Przychodzą do nas już 5-latki, choć miałem kiedyś czteroipółletnią podopieczną. Dziewczynka była bardzo zaangażowana i zdyscyplinowana, ale mała, wiec kiedy dzieci przysłaniały jej trenera, to aż wychylała się z rzędu, żeby zobaczyć, o czym mówi. Mamy grupę rewelacyjnych „mastersów”, bardzo aktywnych i zżytych. Najstarszy zawodnik ukończył 55 lat. Zaczął trenować 3 lata temu i ma już czerwony pas. Jest mocno zaangażowany. Za cel postawił sobie czarny pas - stopnień mistrzowski. Na treningach pyta o szczegóły i idzie poćwiczyć samemu na sali wynajmowanej w MOK-u. Niektóre dzieci przychodzą, żeby trenera zrobić w konia i sobie pogadać, ale dorośli już wiedzą, czego chcą. Ja tylko krzyczę: „Szybciej! Więcej! Mocniej!” Kiedy dostaną w tyłek i się sponiewierają, to przynosi efekty. Mam nadzieję że syn kiedyś przejmie po mnie tę sekcję.

- Dlaczego warto posłać dziecko na trening?

- Niech zacznie nawet w wieku 10 lat, ale jeśli wcześniej nie uprawiało żadnego sportu, to różnica będzie wyraźnie widoczna, bo diametralnie poprawia się motoryka. Dzieci powinny trenować regularnie. Cokolwiek. Niekoniecznie sztuki walki. Ważne, żeby się ruszały. Na treningi przychodzą chętnie, również, żeby spotykać się z kolegami lub poznawać na zawodach dzieci z innych miast i krajów. Umacniają więzi w zespole i nawiązują nowe kontakty. To dodatkowa wartość.

- Co panu daje taekwon-do?

- Robię to dla siebie. Dla satysfakcji, że w każdym wieku można coś jeszcze osiągnąć. Jestem cały czas w ruchu. Chodzę w sandałach przez 10 miesięcy. Zakładam buty, tylko gdy pada śnieg. Żona się śmieje ze mnie, bo jak chodzimy po górach, to mam sandały na nogach, albo idę boso. Przed mistrzostwami Polski poszedłem do dietetyka, żeby zbić wagę. Jadłem pięć posiłków dziennie. Jadłem dużo ryżu i kaszy. Po miesiącu zadziałało. Na treningach „latałem nad ziemią”. Wytrzymywałem nawet dwie tury zajęć pod rząd,  z mastersami i młodszymi.

- Trudno o to  nie zapytać. Kiedy w życiu przydała się panu znajomość sztuki walki?

- Nigdy, choć w ubiegłym roku w Piławie Górnej zdarzyły mi się w ciągu jednego miesiąca 3 sytuacje podbramkowe. Aż mi ciśnienie podskoczyło, ale ostatecznie odpuściłem. Wiem, na co mnie stać. Po co miałbym uderzyć kogoś i narobić sobie kłopotów. Zawsze znajdzie się jakiś oszołom. Powiedziałem, co miałem powiedzieć i poszedłem swoją drogą. Agresor też odpuścił.

- Ale na macie już pan nie odpuszcza?

- W walce sportowej obowiązują zasady fair play. Kiedy ktoś mnie kopnie techniką inną, niż powinien albo wejdzie za mocno, to uruchamia się we mnie instynkt, jak u mojego psa mastifa. Właśnie takich moich walk i kontuzji obawia się żona. Kiedyś mocno się zaangażowałem w przygotowywania do mistrzostw Polski w Dzierżoniowie. Zbijałem wagę itd. Żona na to: „Ty nie będziesz walczył”. Myślę sobie, skoro nie, to nie i zrezygnowałem z udziału.  Znamy się już tyle lat i fajnie się dogadujemy. Moja trenerska pasja kosztuje nas dużo wyrzeczeń i zrozumienia. Czasem po kilka dni nie ma mnie w domu. Kiedy wyszedłem z wojska, miałem 21 lat. Od tamtej pory jesteśmy razem.

- Zawody to chleb powszedni…

- Ode mnie z sekcji na turnieje nie jeździ dużo osób, bo wyjazdy wiążą się z kosztami. Za wszystko płacimy sami. Koszty pokrywają zwodnicy i rodzice, wiec ludzie nie są skorzy wyjeżdżać gdzieś dalej. Kiedy jadę swoim autem, mogę wziąć syna i co najwyżej jeszcze 2-3 zawodników. Tyle jestem w stanie pomóc. W listopadzie walczyliśmy na turnieju międzynarodowym w Opolu, gdzie swoje reprezentacje wystawiały między innymi Rumunia, Mołdawia, Uzbekistan czy Ukraina. Nie poszło nam najlepiej. Może przez stres. Musieliśmy zmierzyć się z bardzo dobrymi technicznie Mołdawianami i Ukraińcami. Syn zajął tylko 3. miejsce w technikach specjalnych. Poza tym nieźle wypadł Martyn Parka (czarny pas). Za to 19 marca w Częstochowie na Mistrzostwach Polski Związku Sportowego Polskiej Unii Taekwon-do po czerech walkach Bartek wszedł na najwyższe miejsce na podium w kategorii seniorów (Semi Contact), a Martyn wśród juniorów był drugi. W mistrzostwach uczestniczyło ponad 740 zawodników z całej Polski.

- Został pan mistrzem olimpijskim. I co dalej?

- Nic. Jestem z siebie dumny, klub i moja rodzina też. To tyle. Niczym się nie chwalę. Po prostu mam satysfakcję. Powoli przygotowuję się do egzaminu na 5. dan. Może uda mi się w 2025 roku, ale muszę mieć formę. Zobaczymy, czy zdrowie pozwoli.

- Życzymy formy i bezkontuzyjnych przygotowań.


UM Piława Górna