WAKEBOARD I NARCIARSTWO WODNE – Dawid Balas

poniedziałek, 21.11.2016 08:54 2491 0

Młody tata wierny rodzinie i desce. Z Dawidem Balasem (naturalne środowisko występowania – wody Lublina i okolic), dwukrotnym mistrzem Polski juniorów, rozmawia Wojciech Koerber

Jak to się stało, że los postawił Ciebie na desce wakeboardowej? A może powinienem zapytać inaczej, bardziej po młodzieżowemu – co sprawiło, że w Twoim życiu pojawiła się zajawka na tę młodą dyscyplinę sportu?

Ja przez całe życie, od małego szczyla, jeździłem na różnych deskach – w zimie na śniegu, a latem na deskorolce po ulicach. Któregoś razu wybraliśmy się jednak z rodziną nad nasz Zalew Zemborzycki, gdzie powstał wyciąg do nart wodnych, o czym my nie mieliśmy pojęcia i 90 procent lublinian również. Nie pozostało więc nic innego, tylko sprawdzić jak to się kręci. Popatrzyliśmy, przetrawiliśmy i spróbowaliśmy. Początkowo wyglądało to tak, że w sezonie jeździliśmy raz na miesiąc. Problem w tym, że na tych nartach kręci się tylko człowiek w kółko, czyli… nuda, panie. Kolega i mistrz Polski, Marcin Naborczyk, zachęcał jednak do skakania, a że mój tata, który pracował wtedy w USA, zjechał akurat na miesiąc do Polski i przywiózł wake’a, to zajawka na skakanie sama się nakręciła. A tu już nie można się nudzić, bo tych tricków jest tak wiele, że przez dwa sezony wszystkich nie przyswoisz. To jest motor, który popycha Cię do przodu – nauka nowości.

Kiedy ta dyscyplina pojawiła się w Polsce?

W historię jej światowego rozwoju się nie wgłębiałem, natomiast w Polsce pierwsze stałe wyciągi powstały na przełomie wieków, w 1999 albo 2000 roku. Początkowo służyły one do jazdy na nartach wodnych, a wcześniej jeżdżono jeszcze za motorówką, ale to kompletnie inne style. Pierwszy wyciąg powstał w Augustowie, jednak zdarzały się awarie, temat podupadł, a lokalne władze jakoś chyba nie starały się go utrzymać przy życiu.

A ilu mamy w Polsce zawodowców, tzn. zawodników, którzy regularnie starają się podnosić swój poziom, by dorównać najlepszym?

Jest nas co najmniej pięciu, tzn. pięciu z nas pojawia się dość regularnie na zawodach związkowych. Poza tym istnieje jeszcze pewna grupka lokalnych rajderów, którzy siedzą u siebie i tylko tam startują, a po Polsce już nie jeżdżą, z różnych względów. Jednym się nie chce, a innym się nie opłaca. Kilka lat wstecz wyglądało to nieco inaczej, bo rywalizowało po kilkanaście osób. W każdej kategorii! Takie były czasy, ale później towarzystwo zaczęło się wykruszać, jeden poszedł do wojska, a inny się zakochał. To też nakręcało spiralę odejść, bo jeśli nie masz z kim pływać, to po chwili sam rezygnujesz. Ja miałem takiego kompana, którym był Filip Czerniec. Swego czasu trenowaliśmy dosłownie codziennie, później Filip przeprowadził się do Warszawy, zmienił towarzystwo, ale zajawa została i u niego, i u mnie. Nie przestaliśmy się bawić.

Tobie miłość nie kazała porzucić deski, a rodzinę – jak na dzisiejsze czasy – założyłeś bardzo szybko. Słyszę zresztą (w słuchawce), że walczy ona o swoje…

Ten mały krzykacz, o którym mówisz, to półtoraroczna Liliana. A Patrycję poślubiłem w marcu 2015 roku, a więc jeszcze jako dwudziestolatek. Córeczka troszkę tę decyzję o ślubie przyspieszyła, ale i tak mieliśmy to wszystko w planach.

Jak się poznaliście z późniejszą żoną?

Organizowałem u siebie w Lublinie domówkę, znajomi przyprowadzili znajomych, a później zaprosiłem Patrycję na imprezę muzyczną Red Bull iBattle. Pojawiła się, następnie były spacerki i… poszło.

Twój największy rywal to?

Na pewno wspomniany Filip Czerniec, bo z nim rywalizujemy na zbliżonym poziomie. Jest też Mateusz Wawrzyniak, który w hierarchii znajduje się nieco wyżej, chociaż większym zasobem wykonywanych tricków pewnie nie dysponuje. Warzywo trenuje jednak bez mała cały rok, często wyjeżdża za granicę, mnie natomiast nie stać na to ani finansowo, ani czasowo. Nie dzieli nas jednak jakaś gigantyczna przepaść, której nie byłbym w stanie zniwelować.

Jest ktoś, kto pomaga Ci uprawiać wakeboard?

Tak, to rodzice. I mam nadzieję, że jeszcze przez jakiś czas będą pomagać. Poza tym mogę na nich liczyć z wielu względów, bo bardzo mnie też motywują do podnoszenia umiejętności. Tata od paru lat nie pracuje już w USA, a w tym roku pojawił się też nowy sponsor – to wakeshop.pl, dla którego trochę popracowałem. Prowadzę też szkolenia, ale na wspomniane wyjazdy poza sezonem nie ma widoków. Zwłaszcza że od dwóch miesięcy zaczęliśmy z żoną pracować, ja w produkcji okablowania, choć zastanawiałem się też nad złożeniem aplikacji do parku trampolin, który powstał.

Uczysz się jeszcze?

Z powodów rodzinnych przerwałem studia, ale mam zamiar wznowić naukę. Edukowałem się na Politechnice Lubelskiej, kierunek techniczno-informatyczny, ale nie widzę w tym wielkiej przyszłości. Plan jest zatem taki, by wrócić na studia, jednak na coś bardziej, że tak powiem, normalnego.

Startujecie dla klubów, czy w barwach teamów pod szyldami sponsorów?

I tak, i tak. Kiedyś, jak mówiłem, było nas więcej i te kluby naprawdę fajnie funkcjonowały. Do busa wsiadało dwadzieścia osób i jechało na zawody. Później ta grupa się zawęziła i, de facto, jeździliśmy tylko z Filipem. Niby pod szyldem Klubu Sportowego Manta, ze względów proceduralnych, ale tak naprawdę jeździliśmy prywatnie. Jedyny klub, który prowadzi jakieś treningi, znajduje się w Margoninie, na czym korzysta trochę dzieciaków.

To dziwne, bo dyscyplina jest młoda, winna się rozwijać, a z tego, co mówisz, wynika, że czynnych zawodników coraz mniej. Dlaczego?

Jeśli chodzi o Lublin, kompletnie brakuje reklamy. To jedyny prywatny wyciąg w Polsce, staramy się jakoś właścicielce pomagać, podsuwać pomysły, ale nie jest to prosty temat, a własnych pieniędzy nie wyłożę. Jakieś próby wskrzeszania są jednak czynione. W Margoninie roczny karnet dla dziecka kosztuje 40 czy 60 złotych, a więc rzeczywiście niedużo. Z kolei w Poznaniu raz do roku organizowany jest „Młody Surfer”, zawody dla małolatów, gdzie można wyłapywać talenty.

Istnieje jakiś ranking Polskiego Związku Motorowodnego i Narciarstwa Wodnego, dzięki któremu możemy mówić oficjalnie o krajowej czołówce?

Polski ranking nie istnieje, z kolei by zaistnieć w światowym rankingu IWWF (International Waterski @ Wakeboard Federation), należy brać udział w imprezach, na których można zdobywać punkty. Tymczasem w Polsce nie ma w zasadzie takich imprez, najczęściej tylko mistrzostwa Polski są w oficjalnym kalendarzu. Szkoda, bo to wcale nie muszą być zawody międzynarodowe, musi być natomiast zgoda i współpraca polskiego związku ze światową federacją.

Gdzie są w Polsce najlepsze warunki do uprawiania wakeboardu?

O ile zawodników mamy niewielu, o tyle takich miejsc naprawdę jest coraz więcej. W ciągu roku przybywa kilkanaście, kilkadziesiąt wyciągów, przy czym we Wrocławiu jest dwusłupowy, a więc może na nim pływać jedna osoba. U nas, w Lublinie, jest wielosłupowy, co oznacza, że korzystać może osiem osób jednocześnie. I taki wyciąg pracuje bez przerwy, a poza tym ma po kwadracie 760 metrów. Małe wyciągi są natomiast dwustumetrowe, jeździ się tylko tam i z powrotem po prostej, a gdy się ktoś obali, to mechanizm staje. Takich małych urządzeń mamy teraz w kraju blisko dziewięćdziesiąt, tych większych sześć albo siedem. Niebawem ma powstać kolejny pod Warszawą, na co czekam. Będzie się można przeprowadzić do stolicy, chyba że w ogóle wyemigrujemy poza granice kraju…

Przykładowe nazwy wykonywanych przez Was tricków to Sw hs 720 z double grabem, double half cab roll, HS FS 1080, Crowmobe 7, BS 900, Wrapped HS FS 360, Mute Grab BS 180, SW Backmobe 5. Ile ich w sumie jest i które uznajesz za specjalność swojego zakładu?

Specjalność mojej trickologii, jak ja to nazywam? Uwielbiam np. skakać z krawędzi czy łapać deskę grabami. Ta liczba tricków z roku na rok staje się coraz większa, a pliczek z nimi można znaleźć na oficjalnej stronie IWWF, przy czym po raz ostatni był aktualizowany bodaj w 2010 roku. Nawet do nich pisałem, by spróbowali odświeżyć, bo przez te sześć lat wiele się zmieniło. Dziś tych tricków nie jest 50, ale z pewnością ponad 100. Każdy nazwany jest inaczej, można skakać z kickerów, z krawędzi, na sliderach itd., a ja opanowałem pewnie kilkadziesiąt.

Wiem, że w Waszym fachu zawody odbywają się z reguły pod auspicjami IWWF, ale spotkałem się również z nazwą WWA. To znaczy, że działają różne, konkurencyjne federacje?

Coś w tym rodzaju, chociaż największą federacją, i uznawaną za najbardziej oficjalną, jest IWWF. W Meksyku zakończyły się właśnie mistrzostwa świata, ale nie wiem, z jakiego powodu nie rywalizowało tam kilku topowych rajderów.

A gdybyśmy Ciebie wysłali właśnie na mistrzostwa świata, to jak wielką różnicę dojrzelibyśmy między Tobą a najlepszymi?

Szczerze powiedziawszy, trochę by do nich brakowało. Byłem jakiś czas temu na mistrzostwach Europy juniorów, a przed dwoma laty na Pucharze Świata w Chinach, gdzie o mały włos wydostałbym się z eliminacji. Tam przyleciała sama śmietanka, gdy się patrzyło na konkurentów, to momentami podcinało skrzydła i odechciewało się podejmować próbę rywalizacji z nimi. Na mistrzostwach Europy dostałem się z kolei do 16-osobowego półfinału. Każdy uczestnik ma na takich zawodach dwa przejazdy i oba są oceniane, ale do punktacji wlicza się tylko ten lepszy. Mateusz Wawrzyniak jeździ na takie imprezy częściej i dobrze mu się tam wiedzie, chociaż akurat ostatnio coś nie wyszło, chyba się trochę spalił. Tak ludzie mówią, że jest słabszy psychicznie, ale myślę, że to kwestia czasu, jak się uspokoi. Kwestia nabrania doświadczenia.

Czy w 2017 roku we Wrocławiu wystąpią najlepsi zawodnicy na świecie? I czego można się spodziewać po występach naszych reprezentantów?

Prawdę mówiąc, nie znam jeszcze systemu kwalifikacji na tę imprezę. We własnym kraju wypadałoby się jednak zakwalifikować i pokazać z dobrej strony. Na razie jednak mamy trochę odpoczynku od wody, warunki w Polsce nie dają możliwości całorocznego treningu. Nie musi być jednak tak, że optymalne warunki panują latem, bo woda jest płaska wtedy, gdy zimno i pada deszczyk. A najlepiej pływa się przecież na płaskiej wodzie, przy słońcu są natomiast często fale i daje po kolanach. A kolan szkoda, lepiej wtedy spędzić czas z rodzinką. Tak czy siak, od maja do końca września można trenować, w tym roku bawiłem się jeszcze nawet w końcówce października. A zimą? Nie mamy jeszcze w kraju zamkniętego parku, zdaje się, że jest taki – albo jest w planach – w Niemczech.

A gdzie jest Twój sportowy idol?

W Izraelu. To Lior Sofer, sponsorowany przez Monstera, najwyższa półka. Wygrał mistrzostwa świata drugi raz z rzędu i z niego staram się brać przykład. Parę słów kiedyś zamieniliśmy, ale nie mogę powiedzieć, że dobrze się znamy. To doświadczony zawodnik, ma już trzydziestkę.

Dawid Balas
Urodził się 17.08.1994 roku w Otwocku.
Sukcesy: dwukrotny mistrz Polski juniorów (do lat 19), uczestnik zawodów King of the Pool w Olsztynie oraz King of the Stadium na Stadionie Narodowym w Warszawie, gdzie w pierwszej rundzie pokonał Antoniego van der Vekkena. Członek pierwszej reprezentacji Polski, w której znaleźli się też Filip Czerniec i Jakub Konefał.

ZDJĘCIA: MATEUSZ SZELIGA (WAKECAMP.PL) I ARCHIWUM PRYWATNE
źródło: Wrocław pl

Dodaj komentarz

Komentarze (0)