30. Wrocławskie Targi Dobrych Książek: dobra literatura, humor Bralczyka i podziw Miodka dla polskiej interpunkcji

poniedziałek, 5.12.2022 16:49 196 0

Na 30. Wrocławskich Targach Dobrych Książek w Hali Stulecia w dniach 2-4 grudnia swoje książki zaprezentowało 95 wydawnictw. Gościem honorowym była Ukraina.  Oprócz zakupu ciekawych książek odwiedzający targi mogli także uczestniczyć w spotkaniach z autorami: Janem Miodkiem, Jerzym Bralczykiem, Michałem Ogórkiem, Mariuszem Szczygłem, Karolem Maliszewskim, Katarzyną Troszczyńską, Jackiem Galińskim, Magdaleną Mikołajczyk, Adamem Bodnarem, Jarosławem Kurskim.

Do stoisk, gdzie autorzy podpisywali swoje książki, ustawiały się spore kolejki. Jedną z największych była kolejka do Toli i Zuzy, autorek „Zaksiążkownika”. Dwie siostry, 22-letnia Zuza i 14-letnia Tola, założyły książkowy kanał na youtube, zdobywając blisko 200 tysięcy widzów.

- Bardzo lubię oglądać Tolę i Zuzę, one pokazują swoje życie w internecie, takie zwykłe codzienne rzeczy i rozmowy. Opowiadają o książkach, mają bogate słownictwo, a także są kreatywne – podzieliła się opinią jedna z nastolatek stojących w ogromnej kolejce.

Młodzież jest obecnie najbardziej kreatywna słowotwórczo w historii

Spotkanie z prof. Janem Miodkiem poprowadziła Agnieszka Wolny-Hamkało. Jan Miodek podpisywał też swoją najnowszą publikację "Polszczyzna. 200 felietonów o języku".

Prowadząca zapytała profesora o klasowość, czy powinniśmy szukać języka uniwersalnego, którym będziemy się porozumiewać wszyscy między klasami?
- Odbiór komunikacyjny człowieka bogatszego językowo jest atrakcyjniejszy, wielką wartość intelektualną i językową ma podciąganie się, ja bym z tego bogactwa różnorodności nie rezygnował. Czemu równać w dół, kiedy można w górę, jak powiedział kiedyś ktoś z moich znajomych. Co nie znaczy, żeby jak to młodzi mówią, szpanować tym bogactwem, bo ta postawa jest z gruntu mi obca i naganna. Ale ten imperatyw podciągania się jest bardzo istotny. Jeśli przez całe życie staramy się doskonalić, to dobrze.

Najważniejszym polskim słowem okazało się dla Jana Miodka słowo "odpowiedzialność".
- Staram się, nie wiem, czy mi to w życiu wyszło, ale od pewnego momentu swojego życia za najważniejsze uznaję słowo „odpowiedzialność”. To słowo chroni nas przed czasem naturalnymi odchyleniami od postawy życiowej aprobatywnie ocenianej przez ludzi. Jeśli uświadomimy sobie naszą odpowiedzialność w domu, w pracy, w kontaktach międzyludzkich, pozwoli nam to wrócić na właściwą drogę.

Profesor zwrócił uwagę, że często już dzisiejsi 30-40 latkowie nie rozumieją wielu polskich słów, brzmiących dla nich obco. A za sprawą młodzieży język rozwija się niezwykle dynamicznie.  Czy teraz języka uczą młodsi?
- Jeszcze nie było w historii języka polskiego takiego okresu,  w którym język młodych ludzi byłby ta ekspansywny, tak się skrzył nowościami leksykalnymi i pomysłami stylistycznymi. Tak kreatywnych językowo młodych ludzi chyba Polska jeszcze nie miała. Wszystko zaczęło się po 1989 roku, dzięki wolności geopolitycznej. Pamiętam słowniki gwary studenckiej, które były wydawane latami i tam żadnej rewelacji nie było, a tu mija parę lat i lawinowy przyrost grubych kompendiów leksykalnych.

Marszałkini kontra Catherine Denevova

 Dyskusja toczyła się także wokół feminatywów.
- Jak wszystko w Polsce, także stosunek do feminatywów nas dzieli, bo przecież nietrudno wyobrazić sobie sytuację, że jestem gospodarzem programu i witam serdecznie gościa, a pani mówi, że jest gościnią albo na odwrót, przywitam gościnię, a pani powie, że jest gościem. Można tu operować nazwiskami, kto mnie jak poprawi. Wiem doskonale, że jest to napędzane feminizmem, ale jako historyk języka muszę powiedzieć, że dla mnie jest to naturalny powrót do tywologicznej cechy języków słowiańskich z polszczyzną na czele, którą zawsze były formalne wyznaczniki żeńskości. Jestem bardzo na tak. Zawracam tylko uwagę, że łatwiejsza jest w odbiorze i akceptacji: dyrektorka, profesorka, prezeska, polonistka, chemiczka, natomiast nie jesteśmy jeszcze przyzwyczajeni do gościni, marszałkini, graczki, dramaturżki, bo tych form nie było. Z zazdrością patrzę na Czechów i Słowaków, gdzie jest rektorka, dziekanka i Catherine Denevova i Michelle Obamova. A czasem to jest to groźkne komunikacyjnie, bo kiedyś czytałem taki nagłówek: „Morderca notariusz zbiegł z aresztu”. Nie dość, że prawnik, to jeszcze morderca i jeszcze zbiegł z aresztu. Dopiero z tekstu wynikało, że to kobieta notariuszka została zamordowana. Gdyby ten nagłówek brzmiał: „Morderca notariuszki zbiegł z aresztu”, wszystko byłoby jasne.

Interpunkcja jest według Jana Miodka szkołą myślenia.Mógłby wybaczyć morze przez "ż", ale nie źle postawiony przecinek.
- Uprawiam patriotyzm bardzo krytyczny. Narzeka się na konwencjonalne zasady polskiej interpunkcji.  Nie na "o" z  kreską i "u", "rz" i "ż", bo to musi zostać na wieki, ponieważ jest rezultatem określonych przebiegów ewolucyjnych naszej fonetyki. Bez jakichś przerostów megalomańsko-narodowych mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że mamy jedną z najlepszych, jeśli nie najlepszą interpunkcję w Eurpoie. Chwalę się tą interpunkcją. Mówię studentom: daruję ci "który" przez "u" zwykłe i Morze Bałtyckie przez "ż", ale jak mi głupio postawisz przecinek, to cię zamorduję. Oczywiście śmieje się. Mamy od 1936 roku cudowanie uporządkowaną interpunkcję opartą na kryterium składniowym. Granice zdań są ta klarowne i czytelne, że w zasadzie każdy Polak powinien bezbłędnie przecinek stawiać. Kiedy patrzę na stan polskiej interpunkcji w obecnych tygodnikach i dziennikach, to jest niebo a ziemia. Teksty są dziś praktycznie bezbłędne interpunkcyjne. To moja wielka radość. Stawiaj przecinek tam gdzie głos ci się zawiesza – to jest nieprawda! Stawiaj przecinek przed że, który, ale nie stawiaj przed "i" i "oraz" – nieprawda! ”Pójdę nad Odrę, która płynie przez Wrocław, i będę się opalać – trzeba to zdanie podrzędne otworzyć przecinkiem i zamknąć przecinkiem,a nie że przed "i" nie można go stawiać.

A bodaj ci nóżka spuchła

Spotkanie prof. Jerzym Bralczykiem i Michałem Ogórkiem wokół książki "A bodaj ci nóżka spuchła, czyli co nas śmieszyło i śmieszy" przebiegało w wesołej atmosferze, profesor opowiadał o polskim języku, co chwilę cytując fragmenty dzieł literackich, począwszy od Mikołaja Reja, który według niego wcale nie był dobrym pisarzem, poprzez Marię Konopnicką czy Aleksandra Fredrę. Oczywiście wszystko z charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru.

- Jeśli chcemy kogo zdenerwować, mówimy do niego „uspokój się”, prawda? Rzeczy, które nas śmieszą skonstruowane są na zasadzie kontrastu. Jeśli dziecko poślizgnie się na skórce od banana, średnio nas to śmieszy, ale jeżeli przydarzyłoby się to biskupowi, to już się śmiejemy – mówił Jerzy Bralczyk do roześmianej sali. - A jeśli byłoby to dwóch biskupów, byłoby jeszcze zabawniej, bo ta funkcja kojarzy się z powagą i dostojeństwem. Albo gdy człowiek opowiadający dowcip ma smutną twarz, poważną twarz.

Podobnie jak na łamach książki,  autorzy przekomarzali się i dyskutowali o humorze specyficznie narodowym, regionalnym.

- Śląski humor mnie nie śmieszy, jakiś tam Masztalski, to nie jest śmieszne - zwracał się do pochodzącego z Górnego Śląska Michała Ogórka Jerzy Bralczyk.  - Oczywiście żartuję - uzupełnił. Formuła z książki sprawdziła się, sala co chwilę wybuchała śmiechem.

 

 

Dodaj komentarz

Komentarze (0)