Artur Barciś: Aktor musi grać, żeby żyć

wtorek, 26.4.2022 12:41 2259 0

Ząbkowickie Centrum Kultury i Turystyki realizuje nowy cykl rozmów z ciekawymi ludźmi „Wieczór z coolturą”. To spotkania ze znanymi osobistościami, autorytetami w wielu dziedzinach kultury, dziennikarstwa oraz działań społecznych. Po Jacku Fedorowiczu i Marcinie Mellerze, Ząbkowice Śląskie odwiedził ceniony aktor i  reżyser Artur Barciś.

Spotkanie z Arturem Barcisiem, podobnie jak dwa poprzednie spotkania, pokazały, że „Wieczór z coolturą” to strzał w dziesiątkę. Kawiarnia ZCKiT wypełniła się do ostatniego miejsca, a rozmowa była niezwykle zajmująca. Artur Barciś znany jest szerokiemu gronu odbiorcy głównie dzięki rolom komediowym w serialach  „Miodowe lata” i „ Rancho”. Jest jednak uznanym aktorem filmowym i teatralnym, reżyserem, nagrywa także audycje radiowe. W Ząbkowicach Śląskich dał się poznać jako osoba skromna, zabawna, ale też niezwykle poważnie i odpowiedzialnie podchodząca do  pracy aktora i do widza, dla którego występuje.

- Najważniejszą rzeczą w tym zawodzie jest talent. To dar, z którym się człowiek rodzi i którego nie można się nauczyć. Aktor może, i powinien, nauczyć się warsztatu aktorskiego: jak oddychać, mieć dobrą dykcję, ale tego jednego, talentu, nauczyć się nie da. Aktor czyta tekst i intuicyjnie przekazuje myśl postaci, jej emocje. Do tego jeśli jest to teatr, dodaje swoje ciało, swój wygląd i tak dalej. (…) U Kieślowskiego w „Dekalogu” zagrałem postać, która nie powiedziała ani słowa, a wyrażała bardzo, bardzo dużo – mówił aktor podczas spotkania. Nawiązując do serialowych ról komediowych, które przyniosły mu popularność, dodawał - Komedia komedii nie równa, czasami aktorzy  po prostu się wygłupiają na scenie i to już nie jest komedia, tylko coś na pograniczu kabaretu, który jest zupełnie innym gatunkiem. Reżyser „Miodowych lat”, Maciek Wojtyszko, przekonał mnie, że ten serial nie będzie takim sitcomem jak poprzednie, że to będzie komedia, która będzie na serio i to właśnie będzie śmieszne. I proszę zwrócić uwagę, że z punktu widzenia postaci, które my gramy, czy ja Tadzia Norka, czy Czarek Karola Krawczyka, tam nie ma nic śmiesznego. Z punktu widzenia ich postaci to jest zawsze dramat, polegający na tym że oni nigdy nie mają pieniędzy, że próbują jakoś te pieniądze zdobyć na skróty, ładują się w jakieś kłopoty, z których nie potrafią wybrnąć, że te biedne żony próbują ich jakoś ustawić na prawdziwy tor, a oni ciągle gdzieś z tego toru spadają. Z ich punktu widzenia nic śmiesznego tam nie ma. I to jest właśnie śmieszne. Kontekst jest śmieszny. Jak mawiał Woody Allen, komedia to jest tragedia, tyle że przydarzyła się komuś innemu.

Jak się okazuje Artur Barciś już w dzieciństwie zdecydował, że będzie aktorem.

- Byłem najmniejszy w całej szkole. Starsi koledzy mieli taką zabawę, że łapali mnie na korytarzu w czasie przerwy i sadzali na wysoką szafę, z której bałem się zeskoczyć, bo mogłem sobie coś złamać, więc siedziałem na niej i płakałem upokorzony. Ale zapisałem się do chóru szkolnego, gdzie szybko zostałem solistą, bo okazało się, że mam słuch i nieźle śpiewam. I nagle w tej podstawówce we wsi Rędziny koło Częstochowy, zrozumiałem, że scena to jest moje miejsce. Że na scenie czuję się bezpiecznie, że tam nikt nic nie może mi zrobić, nikt mnie nie uderzy, nie będzie się ze mnie śmiał, nie wsadzi mnie na szafę. Wręcz przeciwnie, kiedy kończyłem śpiewać albo mówić wiersz, to wszyscy bili mi brawo, a ja patrzyłem na wszystkich z góry, ale nie z wyższością, po porostu na scenie stałem wyżej i nie byłem już najmniejszy. A ponieważ wiedziałem, że miejscem pracy aktora jest scena, zostałem aktorem. Wszyscy się ze mnie śmiali i mówili, że takich kurdupli to do teatru nie przyjmują.  Ale ja się uparłem i gdzieś tam w środku wiedziałem, że to jest to co ja chcę w życiu robić.

Pewną wyrwę w życiu aktora stanowił czas izolacji społecznej spowodowanej pandemią, kiedy teatry były zamknięte, a wszelkie projekty zawieszone.

- Przyszedł taki czas, że grałem codziennie w różnych teatrach, i nagle pandemia spowodowała, że ten styl życia, to wszystko, co robimy zniknęło. 

Artur Barciś mówił, że ten stan doskonale oddaje tytuł wywiadu-rzeki, jaki przeprowadziła z nim Kamila Drecka: „Aktor musi grać, żeby żyć”.

- Aktor, który nie gra,  nie tylko nie wykonuje swojego zawodu, ale przestaje istnieć, to znaczy istnieje jego ciało, natomiast cała reszta, ta najważniejsza, umysł, potrzeba grania, wychodzenia na scenę została skasowana.

Wspomniana wyżej książka, nie jest jedyną rozmową - rzeką z Arturem Barcisiem. Wcześniej ukazała się pozycja „Rozmowy bez retuszu” autorstwa aktora i Marzanny Graff.

- Nie chciałam, żeby się ukazywała nawet ta pierwsza część tej książki. Bo zawsze uważałem, że wywiady-rzeki to jakiś rodzaj megalomanii, człowiek mówi o sobie mnóstwo jakiś rzeczy, a ludzie mają kupić, mieć na półce? Trochę wydawało mi się to nieskromne. Ale Marzanna Graff, która mnie namówiła, żeby tę książkę napisać, użyła argumentu nie doz bicia. Powiedziała, że ta moja droga do aktorstwa, od małego zakompleksionego chłopca ze wsi, który marzy o tym, żeby być słynnym aktorem, może być przykładem dla innych, że marzenia się spełniają. Że można to zrobić. Być może jak aj o tym opowiem, to potem gdzieś na wsi jakiś inny chłopiec lub dziewczynka o tym przeczyta i uwierzy, że też może to osiągnąć. I być może dzięki temu znajdzie swoją drogę. Nie wiem, czy tak się stało, ale ten argument mnie przekonał.

I to właśnie książkę „Aktor musi grać, żeby żyć” Artur Barciś podpisywał po skończonym spotkaniu.

 

 

Dodaj komentarz

Komentarze (0)