Kim jest profesor, której szukał na Śnieżniku burmistrz Stronia Śląskiego? Czy urodziła się na tej górze?

wtorek, 27.9.2022 10:09 3496 0

Lokalna legenda głosi, że na Śnieżniku urodziła się profesor z Wrocławia. Prawda jest nieco inna, ale nie mniej fascynująca. Nie dziwi zatem, że podczas uroczystego otwarcia wieży na Śnieżniku, Dariusz Chromiec, burmistrz Stronia Śląskiego, koniecznie chciał, by pani profesor przemówiła. Niestety, tak się nie stało. Przeczytajcie Państwo zatem, dlaczego i burmistrz, i my, tego żałujemy.

Dr hab. Krystyna Gabryjelska urodziła się w 1941 r. w Międzylesiu. Rzeczywiście wychowywała się na Śnieżniku i w Lutyni, dorastała w Lądku-Zdroju. Jest romanistką i profesorem nadzwyczajnym Uniwersytetu Wrocławskiego, gdzie kierowała m.in. Instytutem Filologii Romańskiej, była dziekanem Wydziału Filologicznego i prorektorem ds. nauczania. Odznaczona została francuskim Orderem Palm Akademickich. Mieszka we Wrocławiu, ale na lądeckim cmentarzu parafialnym spoczywają jej bliscy. 

Gdy spytaliśmy panią profesor o to, że jakoby urodziła się na Śnieżniku, tylko się roześmiała. – Urodziłam się w Międzylesiu, bo w schronisku się nie dało! Mama musiała przed porodem zejść do szpitala, a po sześciu dniach, w koszu, bo już był śnieg, wniesiono mnie na Śnieżnik – wyjaśniła. A skąd jej mama, Maria Matejczyk, po mężu Marte, znalazła się właśnie tam?

Po maturze pani Maria skończyła Instytut im. Roberta Kocha w Berlinie. Potem z zawodem się rozstała i na Śnieżniku, po stronie czeskiej, wydzierżawiła schronisko. To schronisko, które już dziś nie istnieje. Wcześniej pracowała czas jakiś w Międzygórzu. I tam na leczenie przyjechał  ojciec późniejszej pani profesor. Z rodziny tyrolskiej, stąd nazwisko: Marte. Według słów prof. Gabryjelskiej był nieprawdopodobnie urokliwy i słabość jej matki polegała na tym, że się w nim ciężko zakochała. Efektem tego był ślub i jej narodziny. Wychowywała się w schronisku, ale matka ze swym medycznym wykształceniem wiedziała, że tam nigdy na nic nie zachoruje. Była więc zwożona do dziadków do Lutyni, żeby natychmiast łapać jakieś bakterie i zacząć chorować [na zdjęciu powyżej przyszła pani profesor z mamą u dziadków w Lutyni, 1942 r.]. Tak przygotowywała się do życia.

Po schronisku księcia Liechtensteina 
na Śnieżniku, po czeskiej stronie szczytu, pozostała dziś jedynie podmurówka i rzeźba słonia. W otwartym w 1912 r. schronisku było 70 miejsc noclegowych, dwie jadalnie, kuchnia z rożnem, mieszkanie gospodarza i suszarnia. Czechosłowackie władze zdecydowały o jego zburzeniu w 1971 r. Dwa lata później Polacy zburzyli wieżę na Śnieżniku. Do 1945 r. dzierżawiła je Maria Marte [o czym polscy historycy milczą]. 

Prof. Gabryjelska oczywiście nie pamięta czterech lat spędzonych niemal na szczycie, ale zachowała rodzinne wspomnienia. Jak przyszli Rosjanie, wszystko się skończyło. Pani profesor pamięta dwie wcześniejsze opowieści. Matka musiała tam przyjąć grupę dzieci z Hitlerjugend. Były one brutalnie traktowane przez dowódców. Matka reagowała, ale niewiele to dawało. Ale kiedyś – opowiadała jej o tym ciotka – ćwiczenia były pod oknami, na śniegu i mrozie. Matka prosiła, by to przerwać, ale oczywiście nic to nie dawało. Więc ciotka postawiła ją na parapecie i zaczęła szczypać. Doprowadziła małą Krystynę tym do histerii, do płaczu. Wtedy jej matka zawołała szefa Hitlerjugend i zażądała natychmiastowego przerwania ćwiczeń, ze względu na dobro jej dziecka. To były rzeczy, o których się w domu opowiadało.

I jeszcze jedno. Matka prof. Gabryjelskiej na Śnieżniku miała takie nory, gdzie przechowywała Żydów. Jedzenie dostarczały im psy bernardyny, którym przywiązywała jedzenie. One leciały do tych jam i niepotrzebny był żaden przewodnik. W przeddzień kapitulacji Niemiec ktoś Żydów wydał i – pani profesor tego nie wie – jednego czy dwójkę z nich zastrzelono. – Pozostały tylko takie strzępy wspomnień – mówi pani profesor.

Skąd jednak śląska rodzina Matejczyków, czyli dziadków prof. Gabryjelskiej, wzięła się w niemieckim Leuthen? {Na zdjęciu powyżej dziadkowie pani Krystyny: Elżbieta i Józef, ciotka Gertruda, wujek Antoni i mama Maria}. To byli patrioci, po przegranym przez Polskę w 1921 roku plebistycie na Górnym Śląsku i trzech Powstaniach Śląskich, utraciła część majątku i postanowiła rozpocząć życie na nowo, na gospodarstwie w dzisiejszej Lutyni. W czasie II wojny światowej w ich domu była placówka Armii Krajowej. Ale to już zupełnie inna, choć fascynująca i właściwie zupełnie nieznana historia. [kot]

Zdjęcia: archiwum prywatne Małgorzaty Jachowicz oraz doba.pl.

Dodaj komentarz

Komentarze (0)