Skrzydła aniołom robimy same

sobota, 8.6.2024 04:20 796

Agnieszka Pawlak przybliża kulisy sukcesu słynnego przedstawienia.

- Skąd się wzięły jasełka w Piławie Górnej?

- Nawet nie pamiętam, kiedy wystawiliśmy pierwsze, ale na pewno są już pełnoletnie. Pomysł narodził się naturalnie, bo przygotowanie spektaklu wnikało z przydziału czynności. Uczę religii, więc pani dyrektor stwierdziła, że najprościej będzie, kiedy to ja zajmę się przedstawieniem związanym z Bożym Narodzeniem. I tak już zostało.

- Próby pewnie zaczynacie już w marcu? 

- Przygotowania do tegorocznych jasełek ruszyły pełną parą dopiero po 8 listopada ubiegłego roku, kiedy szkoła miała już za sobą udział w ogólnopolskiej akcji „Do Hymnu!”. Oczywiście, nad scenariuszem pracuję dużo wcześniej, ale sama, w domu. Już we wrześniu siadam przed komputerem i szukam pomysłów. Dobrym źródłem inspiracji jest Internet. To, co znajdę, przerabiam i dopasowuję do naszych potrzeb. Czasami dokładam teksty własnego autorstwa. W szkole pierwsze próby okiełznania materii zaczynają się około półtora miesiąca przed premierą. Październik to czas na rozeznanie, bo scenariusz piszę pod kontem uczniów, którzy zadeklarują udział w przedsięwzięciu. Muszę wiedzieć, z jakimi dziećmi będziemy pracować, ile jest większych, a ile mniejszych, jak rozdzielić role.

- Macie wielu chętnych. Dawniej w szkole do tak dużych przedsięwzięć werbowano z łapanki. „Na ochotnika zgłoszą się: Janek Kowalski, Ola Kwiatkowska, Marysia Malinowska, […]”.  

- Małemu drugoklasiście nie jest łatwo udźwignąć ciężar występu na scenie, dlatego trzeba znać predyspozycje uczniów. Każdego roku pytam dzieci, kto ma ochotę. Wybieram tylko te, o których wiem na pewno, że sobie poradzą. Różne klasy mają różne możliwości. Na przykład szóstoklasistom nie brakuje charakteru, więc od razu widzę ich, jak sprawdzają się w roli diabełków. Nikt inny nie wchodzi w rachubę. I rzeczywiście, grają doskonale.

- Jak się przygotowujecie?

- Zespół naszych aktorów ma bardzo duży przekrój wiekowy, od drugiej do siódmej klasy. Ciężko jest pracować z dziewięćdziesięciorgiem dzieci na raz, więc dzielimy się tematycznie i przygotowujemy w mniejszych grupach. Jak tyko znajdziemy chwilę, zbieramy grupkę i trenujemy, np. ćwiczymy taniec. Kiedy już zbliża się termin jasełek, organizujemy wspólne spotkania w sali gimnastycznej. Na spięcie wszystkich elementów w spójną całość potrzebujemy około pięciu prób generalnych. Cały grudzień żyjemy w strachu, bo to czas infekcji górnych dróg oddechowych i absencji w szkole. Nie mamy dublerów, dlatego idziemy na żywioł. Gdy ktoś nie przychodzi na próbę, to organizujemy się na gorąco.

- Pół biedy, kiedy nie zjawia się na pierwszej próbie. Gorzej, jak nie przyjdzie przed premierą…

- Dzieci uczą się szybko. Nawet trudne role potrafią opanować z dnia na dzień. Kiedyś zdarzyło się, że dziewczynka, która przyswoiła bardzo poważny tekst, dostała zapalenia krtani na dzień przed występem. Nie wiem, jak to możliwe, ale jej koleżanka nauczyła się w jedną noc tej roli i następnego dnia rewelacyjnie zagrała w jasełkach.

- Jakie korzyści ma uczeń z udziału w przedstawieniu?

- Praca w grupie to bardzo ważne doświadczenie. Dzieci uczą się współpracy, kultury i właściwego zachowania. Są też bardzo dobrymi obserwatorami i autorami trafnych sugestii. Często podsuwają cenne pomysły. Właśnie przy takich okazjach rodzą się nowe talenty, a dzieci przełamują wewnętrzne bariery. Nagle okazuje się, że potrafią zrobić coś, o czym wcześniej nawet nie marzyły. 

- Spektakl rozbudowywany co roku liczy już ponad godzinę…

- Widzowie z zaciekawianiem pytają, ile będzie trwał w tym roku. Nigdy nie potrafię przewidzieć, dopóki nie zbierzemy się na pierwszej wspólnej próbie, choć orientacyjnie zawsze próbuję podliczyć czas wszystkich scen jeszcze przed zbiorowym wykonaniem.

- Miewa pani chwile zwątpienia? Kiedy pojawia się radość?

- Dzieci to żywiołowi aktorzy. Na pewno nie usiedzą w miejscu i nie będą spokojnie słuchać uwag reżysera. Nietrudno więc zwątpić przy kilkudziesięciu krzyczących i biegających po scenie dzieciakach. Kryzys pojawia się zwykle na początku przedsięwzięcia, gdy przytłacza mnie perspektywa ogromnego wyzwania, żeby to wszystko połączyć w sensowną całość. Bywały chwile, kiedy mówiłam sobie „Nie robię!”. Co roku rozmawiam z panią dyrektor, ale zawsze wtedy słyszę „Spektakl musi być. A kto to zrobi, jak nie pani?”. Entuzjazm pojawia się później. Kiedy już zaczynamy pracę, okazuje się, że znów udało nam się zrobić coś ciekawego. Satysfakcja przychodzi już po wszystkim.

- Łatwo być scenarzystą, reżyserem i aktorem w jednej osobie?

- Okazuje się, że tak. Moją domeną jest muzyka. Od  kiedy pamiętam, byłam artystyczną duszą. Śpiewałam, zanim jeszcze zaczęłam chodzić do szkoły. Później próbowałam sił przy różnych okazjach. Trema towarzyszy mi zawsze. Nigdy nie wchodzę na scenę, ot tak, z marszu. Za każdym razem boję się, że zapomnę tekstu, ale lubię występować. Robię to dla przyjemności, nie dla poklasku. Nie mam innej możliwości, żeby potrzymać mikrofon… Nigdy nie odmówiłabym komuś, kto chciałby zapełnić piosenką lukę w jakimś programie. Kiedy kończyłam liceum ekonomiczne, pani od języka polskiego przekonywała mnie, że powinnam wybrać kierunek związany ze sztuką, ale to były inne czasy. Nie mieliśmy tylu możliwości, jak współcześni absolwenci. Po maturze poniosło mnie w zupełnie innym kierunku. Ukończyłam studia na Papieskim Fakultecie Teologicznym we Wrocławiu. Zrobiłam też drugi kierunek - wychowanie fizyczne oraz trzeci - edukację wczesnoszkolną i przedszkolną. Dziś, dzięki projektom takim jak coroczne jasełka w Piławie Górnej, czuję się spełniona zawodowo.

- Skąd pani czerpie siły?

- Ciocia, która uczyła kiedyś w Piławie Górnej, jest dla mnie największym autorytetem, a zarazem motorem napędowym. To ona zabierała mnie do szkoły, żebym brała udział w występach, kiedy jeszcze byłam małą dziewczynką i nie uczęszczałam na zajęcia. Drugim źródłem energii jest pani Małgorzata Wiącek. To główna scenografka. Co roku zabiega o to, żeby dekoracje się nie powtarzały. Ma trudne zadanie, ale zawsze wymyśla coś nowego. Od początku wspieramy się i działamy razem, za co jej szczególnie dziękuję. Chętnie pomagają nam też koleżanki, panie Edyta Chrząszcz, Beata Betlej czy Iwona Orzoł. Spotykamy się z pozytywnym odbiorem jasełek. Szczególnie u rodziców dzieci. Mamy też grono wiernych fanów wśród nauczycieli, którzy jeszcze nie opuścili żadnego przedstawienia. Współpracujemy z wieloma osobami, zaangażowanymi w przedsięwzięcie. Piławskie jasełka to ich sukces.

- To ogromne wyzwanie logistyczne!

- Staramy się je realizować we własnym zakresie. Z panią Gosią obmyślamy strategię, kupujemy różne rzeczy, a czasem (jak do szycia strojów) angażujemy swoje rodziny. W ubiegłym roku jedna z pań zorganizowała nam szwalnię. Zadbała o materiał i osobę, która w zakładzie krawieckim wykonała kostiumy do tańca z Mikołajami. W tym roku same zrobiłyśmy skrzydła dla aniołów. Zajęło nam to wiele dni, ale efekt był pożądany. Zachęcamy też dzieci, żeby przygotowywały rekwizyty. W przedsięwzięcie angażuje się rada rodziców. Bardzo pomagają nam ojcowie uczniów, zwłaszcza gdy potrzebujemy męskiej ręki do prac, z którymi nie potrafiłybyśmy sobie poradzić. W zeszłym roku panowie powycinali choinki z płyty meblowej, dostarczonej przez jednego z rodziców. Trzeba było też „powalczyć” z oświetleniem, co doskonale udało się jednemu z panów.

- Nie obawia się pani, że wkrótce zabraknie pracy dla nauczycieli religii?

- Będzie, co ma być. Nie jesteśmy w stanie tego zmienić. Rola katechety w dzisiejszych czasach nieco się skomplikowała. Myślę jednak, że w codziennej gonitwie między językiem polskim a matematyką dzieci po prostu potrzebują zaczerpnąć innego tematu, związanego z duchowością. Często same przychodzą porozmawiać, a nawet się zwierzają. Właśnie temu ma służyć katecheza. Na pewno nie jest sposobem narzucania wiary, a tym bardziej podkreślaniem różnic wyznaniowych. Na katechezach poruszamy inne kwestie. Wszystkie są bliskie dzieciom i młodzieży. Nie spotkałam się jeszcze, żeby ktoś miał do mnie pretensję, że narzucam wiarę innym. Do tej pory nikt mi tego nie powiedział. Możliwe więc, że takie traktowanie nauczania religii w szkole jest mocno przerysowane.

UM Piława Górna