komunikaty.doba.pl
wesele.doba.pl
pks
mpk

czwartek, 28 maja 2020

Jaromira, Justa

Cham niezbuntowany

czwartek, 14.5.2020 09:45 , komentarze: 0 , odsłony: 574
kategorie artykułu:

Rafał A. Ziemkiewicz

CHAM NIEZBUNTOWANY
rzecz o polskim mentalu


Premiera 29 maja 2020 r.

O KSIĄŻCE
Książkę można potraktować jako traktat publicystyczny Rafała A. Ziemkiewicza. Ujawnia ona źródła i tłumaczy nasze narodowe działania, wybory, wewnętrzne konflikty. Tematy niezwykle istotne przedstawione w sposób subiektywny, lecz poparte argumentacją, z którą trudno polemizować. Problemy współczesności mające korzenie w historii, która ciągnie się za nami nieprzepracowana, hamując w nas poczucie wartości i wyjątkowości.

Książka, którą Państwu przedstawiam jest skutkiem mojego wieloletniego „chorowania na Polskę”, stałego zastanawiania się nad nią. Jest ona skutkiem bardzo konkretnego impulsu, który kazał mi potraktować zebranie w jednym miejscu przemyśleń nad polskim mentalem, jako sprawę szczególnie pilną.

Jest to publicystyka czasów google'a, Ziemkiewicz nie zarzuca czytelnika szczegółami, ale wskazuje, czego szukać i gdzie. Otwiera czytelnikowi oczy na ogólne prawidłowości, szkicuje obraz całości, który każdy może sobie bez trudu wypełnić detalami.

Dzięki tej książce czytelnik nie tylko wyleczy się z narodowych kompleksów, ale otrzyma oręż, który ugruntuje poczucie godności i dumę z bycia Polakiem.


FRAGMENT

Niewolnicy w ojczyźnie wolności

Czytelnik odniósł być może wrażenie, że aby odkłamać czarną legendę, budowaną przez rodzimych i zagranicznych treserów aplikujących nam od lat „pedagogikę wstydu”, chcę tutaj wystawić polskiej historii laurkę i zaprezentować ją w wersji cukierkowo słodkiej, wedle Sienkiewiczowskiej zasady „ku pokrzepieniu serc”.

Nic podobnego. W najmniejszym stopniu nie jestem skłonny, by naszą historię idealizować – kto czytał „Jakie piękne samobójstwo” i „Złowrogi cień Marszałka”, może zaświadczyć. Zresztą pisać książkę tylko dla polemiki z ową czarną legendą, a już zwłaszcza dla tworzenia białej kontrlegendy, po prostu nie byłoby warto.

Polska odmienność nie oznacza, że nie było w naszej historii hańb; niekiedy, jeśli w ogóle można takie porównania czynić, nie mniejszych niż w dziejach innych nacji. Oznacza tylko tyle, że także one były odmienne. Stwierdziłem w poprzednich rozdziałach fakt, że jeśli przyjąć, jak każe dzisiejsza zachodnia poprawność polityczna, iż miarą ucywilizowania jest stosunek danego społeczeństwa do kobiet, homoseksualistów i Żydów (o nich też będzie, cierpliwości) oraz innych mniejszości – to Polska jest ucywilizowana znacznie bardziej i od znacznie dawniejszych czasów niż kraje, które po roku 1989 uznały się za uprawnione, by nas „cywilizować”. Tyle.

Nie znaczy to, że nie mamy problemu z historycznymi zaszłościami, które musimy odrzucić i przezwyciężyć, bo bez tego nie wywikłamy się z obecnych problemów. To znaczy tylko, że ten problem jest zupełnie inny.

Ponieważ Polska nie rozrastała się terytorialnie przez podbój, ale przez kolejne unie, mówiąc współczesnym językiem – „umowy stowarzyszeniowe”, pogarda, która w krajach kolonialnych kierowana była ku ludom podbijanym, Murzynom, Arabom i innym kolorowym, u nas poszła niejako do wewnątrz. Skierowana została przeciw wewnętrznym niewolnikom, mimo iż na wielkiej części obszaru państwa mówili oni z grubsza tym samym językiem i chodzili do tych samych kościołów. Czyli po prostu przeciwko własnym warstwom niższym.

Niestety – dawna Rzeczpospolita opierała się, z każdym stuleciem coraz bardziej, na niesprawiedliwości, wyzysku i pozbawianiu elementarnych praw rzeszy niewolników. Samo w sobie nie wyróżniało jej to spośród innych cywilizacji. Każda miała swoich helotów, swoich Murzynów i pariasów. To, co dla nas jest specyficzne, to że wskutek szczególnej struktury społecznej państwa sarmackiego, rozbiorów i ponadstuletniej walki o niepodległość wiekowe niewolnictwo jakby „przyschło”, pozostało ukryte, zamiast być rozliczonym, i emocje z nim związane, nie znalazłszy rozładowania, buzują w nas do dziś.

Przegapione zbrodnie

Cokolwiek o tej paskudnej stronie naszej przeszłości wiemy, to tylko dzięki tym nielicznym przedstawicielom sarmackiego stanu, których los „kmiotka” i „łyka” przyprawiał o wyrzuty sumienia.

„Widzę miliony stworzeń, z których jedne wpółnago chodzą, drugie skórą albo ostrą siermięgą okryte, wszystkie wyschłe, znędzniałe, obrosłe, zakopciałe. [...]

Ledwie w nich dostrzec można duszę rozumną. [...] Chłop – ostatniej wzgardy nazwisko mają. Tych żywnością jest chleb z śrutu [nawet nie domyślajcie się, co to ten „śrut”], a przez ćwierć roku samo zielsko; napojem – woda i paląca wnętrzności wódka. Tych pomieszkaniem są lochy, czyli trochę nad ziemię wyniesione szałasze: słońce tam nie ma przystępu – są tylko zapchane smrodem i tym dobrotliwym dymem, który [...] ukraca ich życie mizerne, a najwięcej w niemowlęcym wieku zabija. W tej smrodu i dymu ciemnicy dzienną pracą strudzony gospodarz na zgniłym spoczywa barłogu. Obok niego śpi mała a naga dziatwa na tym samym legowisku, na którym krowa z cielęciem stoi i świnia z prosiętami leży...

[...] Oto rozkosz tej części ludzi, od których los waszej Rzeczypospolitej zawisł! Oto człowiek, który was żywi! Oto stan rolnika w Polszcze! [...]

Tu, kiedy sobie pomyślę, żem Polakiem, wstyd mię dalej mówić!”

To Stanisław Staszic.

„Stu gąb i stu języków – i to jeszcze mało – potrzeba by na słuszne chłopskich opresyi wyrażenie” – to z kolei wcześniejszy o ponad stulecie Krzysztof Opaliński. „Bóg Polski za nico nie karze więcej jak za poddanych srogą opresyją i gorzej niż niewolą, jakoby chłop nie był bliźnim nie tylko twoim, ale i człowiekiem. Serce się lęka […] wspomniawszy na tę niewolę, która cięższa niż pogańska!”

Można by tu długo cytować, czy to sławne „Przestrogi dla Polski” pierwszego, czy satyrę „Na ciężary i opresją chłopską w Polszcze” drugiego, albo sięgać po inne jeszcze utwory, bo autorzy nie ograniczali się do retoryki. Pisali bardzo konkretnie o pracy ponad siły, biciu, torturach, strachu, nieustannym poniżeniu. Opaliński, wcześniejszy, wiele miejsca poświęca rabowaniu przez szlachtę XVII wieku resztek majątków tych chłopów, którym coś jeszcze zostało z dostatków poprzednich stuleci – rabunkowi czasem prowadzonemu w majestacie prawa, pod rozmaitymi pozorami, a czasem i nawet bez tych pozorów, po prostu brutalnej przemocy, na fali zdziczenia wywołanego kolejnymi wojnami i bezkarności wskutek postępującej dominacji szlachty nad innymi grupami społecznymi.

Nie ma tych świadectw wiele, ale obraz, jaki się z nich wyłania, nawet tych rozdzielonych wieloma dziesięcioleciami, jest spójny – codzienne życie chłopa gdzieś tak od wieku XVII przypominało stalinowski łagier. Z tą różnicą, że z gułagu najbardziej odporne i sprawne jednostki mogły w końcu wyjść, a chłopi się w tym piekle rodzili i umierali, wielu bez świadomości, że można w ogóle żyć inaczej.

Podobnie jednak, jak to bywa z wielonarodową i religijną tolerancją I Rzeczypospolitej, oczywisty fakt, że w dawnej Polsce istniał „konflikt klasowy” (niestety, za sprawą uniwersyteckich sierot po Marksie pojęcie „klas społecznych” się przyjęło, więc i ja muszę go tu używać mimo przykrego zapachu, jaki za sobą ciągnie), traktowany jest instrumentalnie. W krzątaninie służącej wprasowaniu historii polskiej w strychulec „wspólnej historii europejskiej” bywa zupełnie pomijany, gdy nie pasuje do przyjętych założeń – choć jednocześnie przywoływany, gdy pasuje.

Pasuje, gdy glajchszalciarze europejskiej historii potrzebują pretekstu do unieważniania polskiej historycznej odmienności. Unia w Krewie czy Lublinie, konfederacja warszawska, nihil novi sine communi consensu i neminem captivabimus nisi iure victum – phi, przecież to dotyczyło tylko szlachty, zaledwie 10 procent społeczeństwa! A cała reszta, w domyśle, żyła w ciemnocie i zabobonie, dopóki nie przyszła PRL i Unia Europejska. Żeby pomniejszyć znaczenie polskiej demokracji w czasach, gdy na Zachodzie kwitły zamordyzm i polityczna przemoc, dodaje się jej przecież nawet przymiotnik: „demokracja szlachecka”. A wiadomo, że demokracja z przymiotnikiem to jak „demokracja socjalistyczna” – już nie to samo.

Z drugiej strony przyrównywanie, na naszą niekorzyść, pokory, z jaką znosił swą niedolę polski „cham”, do gilotyn i plebejskich powstań, które tak wielką rolę odegrały w dziejach Zachodu, pozwala wyprzeć winy wobec niego i ułatwia dalsze, mimo zmiany całego świata, zachowywanie go w pogardzie. Proszę, tam, na Zachodzie, były i bunty chłopskie, i miejskie rewolty, i gilotyny, i różne inne „żerminale”. A co u nas?

U nas była w sumie tylko rzeź galicyjska, dokonana co prawda rękami polskich chłopów, ale tak właściwie to przecież nie nasza, bo urządzona przez zaborcę. No i koliszczyzna, a przed nią bunty kozackie. Ale te opisywane są z perspektywy dzisiejszej, niesłusznie, jako irredenta narodowa, a nie klasowa. Fakt, że warstwy niższe sfederowanych ludów Rzeczypospolitej polonizowały się znacznie wolniej niż ich elity, i tylko do pewnego momentu, służy do budowania fałszywej optyki „kolonializmu” i snucia ahistorycznych teorii w rodzaju modnego wśród glajchszalciarzy „Trójkąta Ukraińskiego” Daniela Beauvois – sugerujących, że to Polacy przyszli na ziemie dzisiejszej Ukrainy i jako panowie uczynili z Ukraińców niewolników. Tymczasem, jako się już rzekło, to Rusini panowie stali się polskojęzycznymi Sarmatami, ze wszystkimi tego konsekwencjami, do których należał również z każdym dziesięcioleciem coraz bardziej nieludzki stosunek do poddanych, taki sam jak na Litwie czy w etnicznej Polsce. Poczucie narodowej odrębności u tych ostatnich i ich przemiana z Rusinów w Ukraińców przyszły dopiero w czasach panowania rosyjskiego.

Tak czy owak, brak w naszych dziejach „wojen chłopskich” czy „Komuny Paryskiej” jest traktowane jako asumpt do stwierdzenia, że skoro u nas chłopstwo czy robotnicy nigdy właściwie się porządnie nie zbuntowali, to i widać napięcia między niższymi a wyższymi warstwami nie miały dla naszego współczesnego kształtu wielkiego znaczenia i nie ma co się nad ich długofalowym skutkiem zastanawiać.

Polskie czarnuchy

W istocie jest dokładnie odwrotnie: to właśnie brak u nas w dawniejszych czasach kryzysów porównywalnych z zachodnimi sprawił, że w Polsce klasowa nienawiść wywiera do dziś nieporównanie większy wpływ na narodowy mental niż gdziekolwiek na Zachodzie. Jakoś nieodparcie przypomina mi ta sytuacja dawne, odziedziczone jeszcze po czasach pogańskich wierzenie, że dopóki zbrodnia nie zostanie należycie rozliczona i pomszczona, jej ofiara wyłazi z grobu jako wąpierz i nie daje potomnym spokoju.

Polskie klasy niższe nigdy nie nauczyły klas wyższych, że trzeba je szanować. Lekcje udzielone elitom zachodnim przez ichni „motłoch” i „hołotę” były brutalne, ale właśnie dzięki temu okazały się skuteczne. Oczywiście, i tam zapewne nie brak dziś w sferach uprzywilejowanych osobników szczerze gardzących biedotą, ale tam nie wypada się z taką pogardą obnosić. Żeby – jak u nas dzieje się to nagminnie – profesorowie, politycy i celebryci zdobywali poklask „towarzystwa”, odmawiając warstwom niższym, jako ciemnemu plebsowi, prawa do korzystania ze swych praw obywatelskich i wyborczych wedle własnego rozumu, a nie pod dyktando „oświeconych” elit, odmawiając im w ogóle prawa do zabierania głosu, wręcz używając argumentu, że coś jest złe, bo się takowym „starszym, słabo wykształconym i z mniejszych ośrodków” podoba – to jest nie do pomyślenia.

Odwrotnie niż na Zachodzie, wolności i prawa, jakie dała swym obywatelom Rzeczpospolita Obojga Narodów, nie spłynęły z czasem do warstw niższych. Szlachecka demokracja i wolność nie rozszerzyły swojej społecznej podstawy. Pod koniec jej istnienia szło w tym kierunku, ale zabrakło czasu – po Sejmie Wielkim z jego czarną procesją, po kościuszkowskich kosynierach i walecznych mieszczanach Kilińskiego nad Rzecząpospolitą zapadło wieko trumny.

Proces dziejowy poszedł u nas nawet od pewnego momentu w przeciwną stronę – sama obdarzona równymi prawami warstwa szlachecka w miarę trwania tej naszej niezwykłej preunii europejskiej po przeciwnej niż dziś stronie kontynentu zatracała swój egalitaryzm. O ile w czasach Zygmunta Augusta dumne powiedzenie „szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie” miało pełne pokrycie w rzeczywistości, to dwieście lat później już żadnego, równość stanu rycerskiego stała się kompletną fikcją.

U schyłku Rzeczypospolitej szlacheckiemu szaraczkowi do wojewody czy starosty było równie daleko, jak do niego samego prostemu łyczkowi czy chłopu. I podobnie jak jego samego ów mieszczanin czy „cham” musiał podejmować pod kolana i tytułować jaśnie panem, gdy on sunął mu po imieniu – tak ów szlachecki chudopachołek witał magnata uściśnięciem kolan i uniżenie zwracał się do niego per „jaśnie oświecony”, gdy ten mówił mu „waszeć” albo „acan”.

Nawet w teorii podzielił się stan szlachecki na trzy stany sejmujące – rycerstwo, senatorów i króla. Zakazano wprawdzie, dla podtrzymania fikcji równości, dziedzicznych tytułów na wzór zachodni – hrabiów, markizów etc., uszanowano jedynie tytuły książęce Wielkiego Księstwa Litewskiego sprzed unii – ale zarazem namnożono „urzędów”, które w większości były fikcją i nie służyły niczemu poza wywyższaniem ponad szlachecką równość szlachciców równiejszych. Owe „urzędy” zaś, niby to pochodzące z wyboru lub królewskiej nominacji, stały się z czasem prawem kaduka właśnie tytułami dziedzicznymi, co wykpiwał Franciszek Zabłocki w głośnym „Fircyku w zalotach”, którego bohater „ma tytuł starościca już od trzech pokoleń” (starościca, a więc syna starosty, jeśli nie wyłapał ktoś ironii).

Wspominam o tym, bo rozwarstwienie szlachty pozwoliło kolejnym pokoleniom przymykać oczy na dramat rodzimych niewolników, utrzymywanych w pańszczyźnie mniej więcej do połowy wieku XIX (zależnie od zaboru). Wobec kompletnego wdeptania chłopstwa w błoto konfliktem odwzorowywanym w narodowym mentalu stał się konflikt szlacheckiego dworu ze szlacheckim zaściankiem, szlachty posesjonatów ze szlachecką biedotą, zmuszoną przez okrutny los do własnoręcznego obrabiania roli. Tak mamy w narodowym arcypoemacie „Panu Tadeuszu”, gdzie przynajmniej jakieś chłopstwo w ogóle istnieje i nawet ostatecznie zostaje w ramach pozytywnego przykładu obdarowane przez Tadeusza i Zosię wolnością. Ale już w późniejszym „Nad Niemnem” rolę klasy niższej odgrywają zubożali Bohatyrowicze, a kmiota nie ma w powieściowym świecie w ogóle, być może dlatego, że na tych terenach dawnej Rzeczypospolitej nie mówił on po polsku – i trudno mu się dziwić, że w przeciwieństwie do panów nie czuł powodu, aby się tego uczyć.

Jedyne, co łączyło szlacheckiego chudopachołka z wielmożą i co dawało poczucie wspólnoty, to jednaka pogarda dla nieszlachcica. Bo „chłopi pochodzą od Chama, Żydowie od Jafeta, my szlachta od Sema – a więc panujem jako starsi nad obiema”.

Cham chama chamem

Można jeszcze dodać, że im bardziej chudopachołek stawał się chudy i odstawał od pańskiego poziomu, co znakomicie przyśpieszył proces zaborów, kiedy to biedniejsze 90 procent szlachty zostało przez nowych władców kraju uznane za taki sam plebs jak i „nieurodzeni” – tym większej potrzebował pogardy, bo zrekompensować sobie frustrację i podtrzymać poczucie przynależności do warstwy wyższej.

I, z grubsza biorąc – tak to w Polsce wygląda do dziś, choć oczywiście kryteria szlachectwa zasadniczo się zmieniły.

Te wszystkie napięcia, które na Zachodzie znalazły rozładowanie i przygasły do tego stopnia, że elity żyjące z nich musiały znaleźć i podstawić w miejsce prześladowanych „warstw niższych” nowe grupy społeczne – kobiety, mniejszości seksualne etc. – u nas pozostają żywe i generują realne społeczne skutki.

Najlepsze dowody to takie, które leżą na wierzchu, wszyscy je widzą i do tego stopnia im się opatrzyły, że ich w ogóle nie zauważają. Takim dowodem dziwności naszej sytuacji jest słowo „cham” – najpopularniejsze wyzwisko, jakim raczą się Polacy wszelkich stanów i kondycji społecznej przy wszystkich możliwych okazjach.

Ktoś zauważył, że to tak, jakby w Ameryce do dziś używano obelgi „nigger”, „czarnuch” – ale to porównanie stanie się zasadne dopiero przy założeniu, że mówimy o jakiejś wyobrażonej Ameryce, w której historyczna zaraza wybiła niemal do cna białe elity i którą zaludniają dziś prawie wyłącznie potomkowie czarnych niewolników. Niektórzy pożenieni z jakimiś ostatnimi białymi kobietami, niektórzy wskutek wielopokoleniowych krzyżówek o ton jaśniejsi, ale generalnie – prawie sami czarni, od góry do dołu. I oni właśnie okładają się obelgą „ty czarnuchu”, im który czarniejszy, z tym większą pasją.

„Chamstwem” nazywa przewodniczący Komitetu Obrony Demokracji zwolenników Kaczyńskiego, o „stawianie chama na piedestale” oskarża Prawo i Sprawiedliwość jeden, drugi i siedemnasty znany aktor, reżyser czy celebryta, mianem „wdzierania się chamstwa do pałacu” określa tak zwaną dobrą zmianę były przewodniczący Trybunału Konstytucyjnego – ale i w odwrotną stronę latają obelgi „cham”, „chamy”, „chamstwo” równie często. Wcześniej, zanim w roli totemu pogardy dla „chamstwa” obsadzono PiS, tym bezgranicznie pogardzanym przez elity „chamem” był śp. Andrzej Lepper, ale i on, z poklaskiem swoich zwolenników, odgryzał się, łojąc od „chamów” na przykład Leszka Balcerowicza. Chronologicznie pierwszy „cham” III RP Lech Wałęsa (wiem, od tak dawna jest we wspólnej pogardzie dla „chamów” z PiS zblatowany z salonem, że młodszym trudno uwierzyć, iż u zarania, w tak zwanej wojnie na górze, to on był dla salonów tym, kim dziś Kaczyński – ale niech mi uwierzą, że tak właśnie było) pieklił się na Aleksandra Kwaśniewskiego, który sprytną prowokacją w telewizji odebrał mu władzę, że to „inteligentny cham”.

Połączenie obelgi „cham” z przymiotnikiem „inteligentny” to jednak autorski pomysł byłej legendy Solidarności. Najczęściej przymiotnikiem wzmacniającym obelgę jest „zbuntowany”. „Cham” to dno, ale „cham zbuntowany” to już sam muł pod dnem, coś najgorszego. Nie dość, że cham, to jeszcze taki, który nie chce podporządkować się powszechnemu przekonaniu, że jako taki winien milczeć, słuchać i nie pyskować.

Szok awansu

Gdyby zanalizować, jak właściwie wywijający tą obelgą na prawo i lewo Polacy ją rozumieją, najczęstsza odpowiedź brzmiałaby zapewne, że cham to wieśniak, względnie ktoś ze wsi się wywodzący. Niektórzy zapewne uznaliby, że cham to mniej więcej to samo, co prostak.

Najrzadziej, idę o zakład, padałaby odpowiedź, którą ja osobiście uważałbym za jedyną sensowną, określającą pewną rzeczywistą przywarę, konkretny typ ludzki – że cham to człowiek nastawiony wyłącznie na brutalne zapewnienie sobie korzyści, pozbawiony empatii, bezwzględny dla słabszych, a zarazem tchórzliwy wobec silniejszych („pogłaszcz chama, to cię kopnie, kopnij chama, to cię pogłaszczą” – mówiła moja babcia od strony mamy; nie wiem, czy była to mądrość z autopsji, od jej „pańskich” przodków, czy tylko zasłyszana).

W malutkim traktaciku o chamstwie, jako o realnie dającym się opisać zespole cech, a nie etykiecie kategoryzującej pogardę, zauważalnym w biurach, polityce, korporacjach i tak zwanych usługach dla ludności, pisałem, że cham to jakby człowiek pierwotny, który pomiędzy ludzi kulturalnych przeniesiony został wprost z dżungli (albo z Reymontowskich Lipiec) i nadal posługuje się obowiązującymi tam prymitywnymi regułami przetrwania. Była to sytuacja szczególnie częsta w tak zwanym realnym socjalizmie, przy władzy celowo i świadomie opierającej się na świeżym awansie społecznym, i to takim, który zawdzięczało się właśnie jej. Mało tego, próbującej ten awans propagandowo dowartościować, co zresztą w sumie mocno go we własnych oczach zawstydziło – kult „prostego ludu” głoszony przez PRL, zwłaszcza gomułkowski, stopił się bowiem w narodowym mentalu z pamięcią szczujących do „rżnięcia panów” zeszłowiecznych zaborców.

Ale w tej książce w ogóle nie będziemy się zajmować tym realnym chamstwem i realnymi chamami, tylko pogardą dla „chamstwa” i „chama” jako szczególną cechą społeczeństwa, które w historycznych katastrofach regularnie traciło elity, tak że dziś składa się niemal wyłącznie z ludzi ze społecznego awansu, z potomków tych właśnie „chamów”, którzy tak usilnie okazując, że chamami gardzą, dają rozpaczliwe znaki gotowości bycia kimś innym, niż są – choć nie wiedzą, kim by właściwie być chcieli.

Bardzo niepowtarzalna, specyficzna sytuacja.

Jeśli nie wierzycie w tę specyfikę, prosta piłka – przełóżcie słowo „cham” na angielski albo na jakiś inny język zachodni. Nie, nie chodzi mi o to, jak w zachodnich językach jest „wieśniak”, „prostak” czy „brutal”. Znajdźcie mi słowo zachodnie, które oddawać będzie te same pokłady znaczeń, jakie niesie ze sobą soczyste polskie „cham zbuntowany”, „chamówa” czy „schamienie”, nie wspominając o wszelkich pokrewnych określeniach w rodzaju „słomy w butach”.

Powiem od razu, że choćbyście zatrudnili najlepszego lingwistę – nie da się. Podobnie jak „chałtura” czy „kombinować”, słowo „cham” i wszystkie jego pochodne są na inne języki zwyczajnie nieprzekładalne, bo nie istnieje w nich to, co lingwistyka nazywa desygnatem. Nie ma tam niczego, czym można by objaśnić cały ten splot nierozliczonej pogardy, okrucieństwa, nadziei i zazdrości, a wreszcie tego potencjału buntu w „chamstwie” tkwiącego – nigdy niespełnionego, ale samym istnieniem potęgującego pogardę dla „chama”, niechęć i nienawiść wobec niego.

Co poszło nie tak?

Coś w naszej historii, tak świetnie przed wiekami rozpoczętej, nagle się popierdzieliło – a potem to popierdzielenie potęgowało się z pokolenia na pokolenie, dodatkowo komplikując naszą i tak skomplikowaną sytuację.

Trzeba rozbić to na kilka szczegółowych pytań, każde warte osobnej książki.

Najprościej wyjaśnić, jak to się stało, że ojczyzna wolności, do której w wiekach średnich ciągnęli osadnicy z innych krajów, kilka wieków później stała się krajem otwarcie tolerowanego niewolnictwa, nasilonej pogardy i przemocy wobec warstw niższych oraz ich straszliwej nędzy. Sarmackie społeczeństwo zdziczało przez trzy wieki tak bardzo, że konieczność wzięcia pod opiekę polskiego ludu, prześladowanego przez zdegenerowaną, wyzutą z elementarnych ludzkich przymiotów szlachtę, stała się jednym z argumentów sprawców rozbiorów – argumentem cynicznym i obłudnym, ale niestety, skutecznym w oczach oświeceniowego Zachodu, który od dawna już z prymitywnej pańszczyzny przerzucił się na bardziej wyrafinowane, fiskalne sposoby wyzysku, co pozwalało mu czuć nad „zacofanymi” Polakami podobną wyższość jak dziś.

Jako się rzekło – wszystko szło dobrze, póki głównym zajęciem Rzeczypospolitej było dzielenie dobrobytu. Ale już wtedy pojawiły się pierwsze symptomy nierównowagi. W paradoksalny sposób, im bardziej rodziło się poczucie obywatelskości wśród szlachty, tym bardziej egoistycznie traktowała ona Rzeczpospolitą jako swoją wyłączną własność. W efekcie unia bardziej cywilizacyjnie rozwiniętej Polski z Litwą i Rusią, która w warstwach wyższych oznaczała podniesienie statusu szlachty polskiej do tego, jakim cieszyła się szlachta Korony Polskiej – w sferach niższych, odwrotnie, obniżyła pozycję poddanych Polaków do poziomu „nieurodzonych” Rusinów czy Żmudzinów.

Przywilejom udzielanym przez kolejnych królów szlachcie nie towarzyszyły analogiczne nadania, które zabezpieczałyby inne grupy społeczne. Nie trzeba było długo czekać na skutki. W początkach wieku XVI zlikwidowane zostały chłopskie samorządy, którymi wcześniej cieszyła się wieś w Koronie, a momentem przełomowym wydaje się konstytucja sejmowa z roku 1518, odbierająca „nieurodzonym” prawo odwoływania się do sądów królewskich. Chłop i „łyk” zostali zdani na łaskę i niełaskę nobilów.

Przez jeszcze prawie stulecie warstwom niższym to nie przeszkadzało, bo i tak żyły w niesłychanym, jak na ówczesną Europę, dobrobycie. Polski chłop w wieku XVI był w porównaniu z chłopem z terenów dzisiejszych Niemiec krezusem, podobnie przeciętny mieszczanin. Prawa obywatelskie i wpływ na politykę państwa zwyczajnie nie były im potrzebne. Kiedy zaczęły być potrzebne, było już za późno, aby je sobie wywalczyć.

Problemy generowane przez „unijną” strukturę państwa objawiły się w momencie kryzysu gospodarczego. Punktem zwrotnym naszej historii, praprzyczyną i początkiem nieszczęść Rzeczypospolitej było, jak już wspominałem, siedemnastowieczne ochłodzenie klimatu. Gwałtowne zmniejszenie plonów doprowadziło drobną i średnią szlachtę do materialnego upadku i uzależnienia od bogaczy. Zniszczyło to społeczne podstawy republikanizmu i sprowadziło go do pozorów, podczas gdy faktyczne rządy nad państwem objęli skłóceni ze sobą magnaci. Przechwycili oni narzędzia prawne stworzone po to, by zapewnić federacyjnemu państwu harmonię i równowagę, i tym samym narzędzia owe stały się przekleństwem Sarmacji. Szlachecki demos z czasów ruchu egzekucyjnego stał się szlachecką klientelą, niemającą niczego prócz praw obywatelskich, a więc sprzedającą magnatom, u których zmuszona była „klamkować”, właśnie te swoje prawa.

Na to nałożyła się tępota ostatniego Jagiellona, który zmarnował potencjał ruchu egzekucyjnego i nie uregulował kwestii następstwa, seria wyczerpujących państwo wojen, rokoszy, konfederacji wojskowych, ciągnącego za nimi głodu i epidemii... A wreszcie, wobec ujawnionej przez nową sytuację niedoskonałości procedury elekcji viritim, jej nieodporności na manipulacje ze strony spotężniałych możnowładców – głęboki kryzys przy każdorazowej konieczności wyłonienia nowego władcy. A do tego dołożył się jeszcze kryzys gospodarczy w całej Europie, czyniący polski eksport coraz mniej opłacalnym.

Jest takie malownicze porównanie: jeśli wrzucisz żabę do wrzątku, ucieknie, ale jeśli włożysz ją do chłodnej wody i będziesz tę wodę podgrzewać powoli, stopniowo, to żaba nawet nie zauważy, jak zostanie ugotowana. Tak właśnie postępował proces stopniowej utraty dobrobytu przez warstwy wyższe i wolności przez warstwy niższe. Sprzedaż zboża, jedyny poza łupieniem wrogów na wojnie sposób zarobkowania, jaki przystawał do godności rycerza, szlachcica, dawała coraz mniej intraty (bo też pożal się Boże co to był za handel – zabieganie o uczciwe ceny, targowanie się do tej godności nie przystawało i polska szlachta słynęła z tego, że sprzedawała zboże zagranicznym pośrednikom przez całe dziesięciolecia wciąż po tej samej, ustalonej jeszcze przez poprzednie pokolenia cenie, oddając im szerokim gestem wszystkie zyski). Do ograniczania wydatków stan rycerski również był całkowicie nieskłonny. Jedyną przestrzeń do ratowania się znajdował w intensyfikowaniu wyzysku „nieurodzonych” i narzucaniu im coraz to większych obciążeń w naturze.

I rok po roku szedł w tę stronę coraz bardziej. Nie dlatego, żeby Sarmaci byli wobec swych poddanych bardziej krwiożerczy i bezwzględni albo bardziej poczuwali się do wyższości nad nimi niż reszta Europy. Po prostu dlatego, że mogli się posunąć dużo dalej, praktycznie aż do biologicznej destrukcji warstw niższych. 


CYTATY

Polakom cholernie brak dziś poczucia godności.

Jesteśmy tu od tysiąca lat. Stworzyliśmy państwo, do którego ze wszystkich stron świata, z zachodu, wschodu i południa, ciągnęli ludzie, jak do ziemi obiecanej.

A teraz byle łajza z Holandii czy Luksemburga pozwala sobie traktować nas jak małpy, które ledwo co zlazły z drzewa?! Stawiać nas do pionu, pouczać, wychowywać obietnicami szklanych paciorków i straszeniem „sankcjami”?

I nasze tak zwane elity płaszczą się przed każdą taką łajzą z obrzydliwym służalstwem, prosząc, żeby Europa zechciała łaskawie jakoś przywołać do porządku tę polską hołotę, bo im się ona wyrwała spod kontroli i nie chce słuchać?

Czas, kiedy mogliśmy sobie pozwolić na leżenie i rekonwalescencję mija, kończą się światowe koniunktury, zaczynają prawdziwe schody, coraz bardziej strome. Trzeba ruszyć tyłek, przypomnieć sobie „czym tobie być, o czym tobie marzyć, śnić”.

O tym jest ta książka.

***

Wyzwolić się z wpajanego nam przez dziesięciolecia przekonania, że jesteśmy jakąś niedorobioną, zacofaną wersją innych nacji. Nie: jesteśmy narodem, który odmienna historia, religia i relacje społeczne ukształtowały na inny sposób niż społeczeństwa Zachodu i Wschodu.

***

Dlaczego likwidowaniu politycznych skutków dwudziestowiecznej hekatomby Polaków nie towarzyszyło likwidowanie jej skutków psychologicznych? Czy też, jak by powiedziano dawniej, duchowych?

Z tego samego powodu, dla którego po upadku realnego socjalizmu nie dokonano reformy uwłaszczeniowej. Takiej, która zmieniłaby społeczeństwo parobków w społeczeństwo gospodarzy, uleczyłaby Polaków z pańszczyźnianej, socjalistycznej mentalności i nadała państwu zdrową, opartą na klasie średniej strukturę społeczną, bez której demokracja tak naprawdę nie jest możliwa.

***

Gdzieś w okolicach roku 2015 umarła w Polsce generalna, organizująca całe myślenie i debatę publiczną narracja. Czy zgoła – metanarracja. Super-ober-hiper odpowiedź, udzielana na wszelkie pojawiające się w pierwszym ćwierćwieczu niepodległości pytania przez wszelkie autorytety i siły polityczne od lewa do prawa. Ta uniwersalna odpowiedź: „ma być tak jak na Zachodzie”. Co to teraz znaczy? Mityczny Zachód czy Europa nie jest już ową uniwersalną odpowiedzią i nadwytyczną. Czar, kiedy raz pryśnie, to już nie wraca.

***

Politycy i media PiS wciąż za wskazane uważają zapewniać o nie mniejszym euroentuzjazmie po swojej stronie i wciąż za wystarczające uważają zapewnianie wyborców, że skierują Wspólnotę Europejską w stronę jakiejś „Europy Narodów”, czy też „Europy Ojczyzn”, które to hasła w konfrontacji z realnie zachodzącą ewolucją Unii brzmią coraz bardziej abstrakcyjnie, jeśli nie absurdalnie.

***

Proces integracji europejskiej objął nie tylko ujednolicanie systemów prawnych, podatkowych czy struktur administracyjnych

Częścią integracji stało się także dążenie do ujednolicenia historii.

***

Nie dość, że liberalno-lewicowe elity, żyjąc w świecie swych wyższościowych urojeń, nie są w stanie wywiązać się ze swych elementarnych obowiązków. Nie dość, że są zwyczajnie głupie, indolentne, niczego nie chcą i nie potrafią zrozumieć, wyżywają się jedynie w upierdliwym narzekaniu, krytykowaniu wszystkiego za wszystko i odreagowywanie swojej frustracji głupimi złośliwościami.

Pragnienie bycia częścią liberalistokracji europejskiej czyni miejscową warstwę zarządzającą szczególnie chętną do włączania się w proces budowania „wspólnej europejskiej historii”. Czyli wszystkie haniebne zakręty historii Niemiec, Francji, Anglii muszą znaleźć swoje równie haniebne odpowiedniki w historii Polski

***

Najbardziej dla mnie oburzającym przejawem tej kolonialnej buty krajów zachodnich, z jaką czynią one z nas gorszą, zapóźnioną w rozwoju i rozpaczliwie potrzebującą ich dyrektyw wersję siebie samych, jest propagandowe utożsamianie polskiego ruchu narodowego z niemieckim nazizmem i jego zachodnioeuropejskimi kolaborantami.

Wiosna Ludów zaczęła się od zakwestionowania przez „ludy” władzy cesarzy i królów, ale skończyła na prześladowaniu słabszych „ludów” przez silniejsze.

Autorytet monarchów, pomazańców Bożych, nie patrzył na pochodzenie poddanego, liczyła się wierność państwu i domowi panującemu. Ale ten autorytet, gdy już został zniszczony – to bezpowrotnie. Rządy demokratyczne musiały wspierać się emocją wspólnego wroga, reprezentować jakiś egoizm – albo klasowy, albo narodowy. Ideolodzy, działacze, aktywiści – także musieli się chwytać jednej lub drugiej z tych dróg. Tworzyć wizje nowego społeczeństwa i nowego świata albo w oparciu o więź wspólnego języka, historii i cywilizacji, albo w oparciu o zbiorowe interesy grup najsilniejszych i dominujących. Tak narodził się współczesny świat, i mimo całej gadaniny ostatniego półwiecza nic się w tej kwestii nie zmieniło.

Ale można to było robić, i robiono to, na wiele sposobów. Każdy naród wytworzył w tamtych czasach swój nacjonalizm – i każdy z nich był inny.

Pojęcie „nacjonalizm”, używane dziś jako stygmatyzująca obelga, stosowana wobec wszelkich form kultywowania narodowej wspólnoty, od szlachetnego patriotyzmu po najbardziej wynaturzone szowinizmy, jest w istocie słowem nic nieznaczącym. Równie nic nieznaczącym jak „muzyka ludowa”.

***

Pierwszych mędrków, którzy wyczuli koniunkturę na demaskowanie „polskiego kolonializmu”, dało się zauważyć na łamach chłoszczących Polaków „pedagogiką wstydu” pism już w latach dziewięćdziesiątych. „Przecież Polska też miała swoje kolonie” i przez wieki je eksploatowała – Ukrainę, Białoruś, Litwę, słowem, to, co nasza tradycja nazwała Kresami.

Pokażcie mi choćby jeden jedyny ród wywodzący się z miejscowych kacyków czy wodzów z Afryki, Ameryki Południowej albo Indii, jakichś książąt Nagombo czy Qutipuitizliliputli, który w dziejach dowolnej z kolonialnych potęg odegrałby rolę porównywalną jak w dziejach polskich Radziwiłłowie, Wiśniowieccy, Chodkiewiczowie czy Ostrogscy. Którego przedstawiciele piastowaliby najwyższe brytyjskie, francuskie albo hiszpańskie urzędy, prowadzili do boju jako naczelni wodzowie wojska imperium, doradzali królom, zrzucali ich z tronu i sami na tronie zasiadali. No – śmiało. Jedno jedyne nazwisko!

Nie ma takiego, prawda?

***

Państwo, które nazwaliśmy Rzecząpospolitą Obojga Narodów, choć w istocie było państwem trzech narodów dużych (Polaków, Litwinów i Rusinów) oraz dużej liczby mniejszych (Żydów, Niemców, Tatarów, Ormian i wielu innych, nawet tak egzotycznych jak Czerkiesi i Persowie), to nie było nic innego, tylko pierwsza próba stworzenia unii europejskiej, którą podjęliśmy pięćset lat przed Schumanem i Europejską Wspólnotą Węgla i Stali.

Królestwo Polskie, osiągnąwszy wielką potęgę i dobrobyt, który przyciągał do niej innych, poszło drogą bez precedensu w całej historii powszechnej, zaczęło się przekształcać w organizm państwowy, którego spoiwem miały być prawa obywatelskie.

***

Anarchia i stopniowe gnicie państwa sarmackiego nie były skutkiem żadnych narodowych przywar któregokolwiek ze współtworzących go narodów. Ta choroba była ceną, którą przyszło zapłacić za niepowtarzalność konstrukcji wzniesionej na fundamencie praw obywatelskich. Była, niestety, nieuniknionym skutkiem specyfiki naszego państwa. Jego różnorodności, tolerancji i wzajemnego poszanowania odmienności – wszystkiego tego, co zachodnia współczesność gloryfikuje jako „wielokulturowość”.

Skutkiem – tego właśnie dowodzi nasza historia – dla państwa wielokulturowego nieuchronnym.

***

Jeśli Polacy zwracali się przeciw Żydom z nienawiścią, to była to nienawiść tego rodzaju, jaką postępowy Zachód i jego salony zawsze skłonne były – i gdy rzecz dotyczy innych, nadal są – nie tylko rozgrzeszać, ale pochwalać, określając ją „nastrojami rewolucyjnymi” bądź „wymierzaniem sprawiedliwości dziejowej”. Była to nienawiść słabych i okłamywanych kierowana przeciwko tym, którzy ich krzywdzili, uniemożliwiali awans i rozwój, nie dawali żyć i realizować należnych im ludzkich praw.

***

„Postawie se pański dwór” – ujawnia to marzenie jeden z bohaterów „Wesela” Wyspiańskiego. I coś jeszcze: „złoty wór wysypie ludziskom przed ślipie”. Czyli: rzecz nie tylko w tym, żeby się stać panem, ale żeby samemu imponować, a nie tylko być tym, któremu imponują. Imponowanie jest nieodłączną częścią awansu, jego przypieczętowaniem, nic po stanowisku, pozycji i po pieniądzach, jeśli nie można ich niżej postawionym „wysypać przed ślipie”. Nic po sukcesie, jeśli nie jest on doceniany i podziwiany. A kto może zapewnić docenienie i podziw?

Niestety – tylko elity. Dlatego są niezbędne nawet tym, którzy głośno je zwalczają, i dlatego „lud musi być zdradzany przez swoich najsprytniejszych”: po jego plecach wspinają się ci najsprytniejsi między „onych”, a gdy już się między „onymi” znajdą, odwracają lojalność.

A jak się z salonami zblatować? Najlepiej we wspólnej, zgodnej z ich tradycją pogardzie dla chamstwa, z którego się wyszło.


O AUTORZE

"Prawdą jest, co powiedział ongiś arcybiskup Cormac Mac Cullenan: skończywszy pięćdziesiątkę, mędrzec nie powinien już ani upijać się do nieprzytomności, ani szaleć z miłości w chłodzie wiosennych nocy, ani tańczyć na rękach"
F.G. Bengtsson "Rudy Orm"

Bystry analityk i obserwator. Błyskotliwy komentator rzeczywistości. Nowoczesny endek.

Mało jest w Polsce tak barwnych postaci jak Rafał A. Ziemkiewicz. To dziennikarz, który już prawie 40 lat funkcjonuje w mediach jako autor felietonów i książek publicystycznych, ale także jako twórca powieści i opowiadań.

Od 2013 roku związany z tygodnikiem Do Rzeczy oraz Telewizją Republika, gdzie prowadzi Salonik Polityczny.

Jego osobę regularnie można spotkać na szklanym ekranie w TVP, a z codziennymi komentarzami zapoznać się w Internecie.

 

Wasze komentarze

Wymarzone wesele
Wymarzone wesele
Muzeum Techniki
Muzeum Techniki
SKUP AUT
SKUP AUT
Mati Autogaz
Mati Autogaz